III Niedziela Wielkanocna

Foto. Archiwum prywatne

„Otóż przypominam, że dopiero mieliśmy Wielkanoc. Raz na rok około Wielkanocy jeszcze większość chrześcijan, ochrzczonych na tej ziemi, wysłuchuje rekolekcji, idzie do spowiedzi, przyjmuje Komunię Świętą. Wpływa to mniej więcej na ich życie. O, teraz jechałem tutaj na Mszę Świętą, a targowica pełna aut. Cóż to za ludzie są, którzy w niedzielę handlują. Jest przecież powiedziane: Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Kiedyś Chrystus zapyta jak przeżyłeś słuchanie Słowa Bożego, jak przyłożyłeś się do oczyszczenia serca, żeby przyjąć Chrystusa – nie raz na rok. Jeśli jest w Hostii, to czemu raz na rok masz Go przyjąć? Czemu nie co niedzieli? A czemu nie codziennie? To nie tylko księża mają codziennie przyjmować Pana Jezusa. Bogu dzięki, że rośnie coraz więcej młodych mężczyzn i kobiet, którzy szukają swojej tożsamości w Chrystusie. Chrystus jest Drogą, Chrystus jest Celem. Chrystus za mną, Chrystus przede mną, Chrystus po mojej prawej stronie, Chrystus po mojej lewej stronie, Chrystus na górze – to hymn św. Patryka z Anglii, wspaniały, nauczcie się go i śpiewajcie ( nawet po angielsku)”[1]. ( Bp Wacław Świerzawski).

Spotkania Zmartwychwstałego Chrystusa ze swoimi uczniami dokonują się często w atmosferze spożywanego wspólnie posiłku. Pamiętając o kontekście eucharystycznym i eschatologicznym tego rodzaju spotkań ( wspólny posiłek jako znak odzyskanej na nowo więzi osobowej)  należy sobie również uświadomić fakt, że prawda o posiłku zawiera w sobie takie elementy jak: Boża dobroć i troska o stworzenie ( dziś słyszymy: co ? to ja sam, moimi własnymi rękami wypracowałem, a nie Bóg mi dał…) oraz więź każdego posiłku z Paschą Chrystusa – ze śmierci rodzi się życie. Należytym więc odniesieniem człowieka powinna być stała wdzięczność Bogu i gotowość do praktycznej miłości bliźniego. W modlitwie dziękczynnej po posiłku mówimy: naucz nas dzielić się chlebem i radością ze wszystkimi. Mądrość judaistyczna uczy: na świecie jest aż za dużo pożywienia dla wszystkich ludzi, ale cały kosmos jest za mały, by zaspokoić serce jednego chciwca.

W nocy z 3 na 4 V 1901 roku zmarł śmiercią nagłą w Sandomierzu bp Antoni Ksawery  Sotkiewicz[2]. Urodził się 13 I 1826 roku w miejscowości Bardo; święcenia kapłańskie otrzymał w 1849 roku. 15 III 1883 roku został mianowany biskupem sandomierskim. Biskup miary niezwykłej, jeden z filarów Kościoła w Polsce[3], którego działalność zasadzała się na drobiazgowej wierności zarządzeniom jurydycznym Kościoła[4] oraz na osobistym doświadczeniu duszpasterskim[5].


[1] W. Świerzawski. Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem – mieć miłość Chrystusa w sobie i nią żyć. KDS 94 ( 2001) s. 195.

[2] „Nadeszły lata sędziwe, a z niemi pewne niedołęstwo lat starczych. Jednak nikt nie przewidywał tak rychłego końca, bo jeszcze przed ostatnią nocą, w której zakończył życie, cały dzień 3 maja pracował normalnie. Wstał tego dnia, jak zwykle, o 6 rano, odprawił Mszę Świętą, pracował u siebie w gabinecie, dwukrotnie schodził na dół do konsystorza, doglądał pracy przy kwiatach i krzewach w swoim ogródku, wieczorem jeszcze pracował, jak to zwykł czynić, do 10-tej. W czasie tej ostatniej pracy odwiedziła go i rozmawiała z nim rodzona siostra Karolina, do której tego wieczoru biskup nie uskarżał się zupełnie na jakieś dolegliwości. Tymczasem nazajutrz 4 maja 1901 roku o 6 rano znaleziono go w sypialni już nieżyjącego. O której godzinie zgon nastąpił, nie wiadomo. Zapewne, że wiek robił swoje w organizmie, skołatanym chorobami. Mówią, że ostatniego dnia biskup zjadł nieświeżą rybę i to miało wywołać katastrofę. Może była ta przyczyna. Zdaniem  wszakże naszem śmierć przyśpieszyły straszne moralne cierpienia, które waliły w to serce przez ostatnie trzy miesiące jak grom za gromem”. P. Kubicki. Antoni Ksawery Sotkiewicz, Biskup sandomierski 1826-1901. Zarys monograficzny. Sandomierz 1931 s. 218.

[3] Tamże s. III.

[4] „Wszystko ujmował w karby praw i norm kościelnych. Jak sam zawsze był im posłuszny, jak sam w zarządzie diecezji trzymał się ich prawie niewolniczo, tak w tym samym duchu wymagał od duchowieństwa karności kościelnej. Przez lat 18 nigdy z ust jego nie wyszedł nakaz z racją, bo ja tak chcę, lecz zawsze: tak zarządzam, tego się domagam, bo tego i tak chce Kościół święty. Stąd wypływa trwałość niemal wszystkich jego postanowień, stąd płynie ich urok, bo to urok prawa i tradycyj Kościoła, które wypłynęły z serc najświętszych i najszlachetniejszych jego bojowników, z najsilniejszych umysłów sług jego”. Tamże s. 125.

[5] Więcej o bp. Sotkiewiczu w homilii na następną niedzielę.