XIV Niedziela zwykła C

1. „Po chwili ujrzałam Pana, całego ranami pokrytego – i rzekł do mnie: Patrz, kogoś zaślubiła. Ja zrozumiałam znaczenie tych słów i odpowiedziałam Panu: Jezu, więcej Cię kocham widząc Cię tak zranionego i wyniszczonego, niżelibym Cię ujrzała w majestacie. – Jezus pyta: Dlaczego? – Odpowiedziałam: Wielki majestat przeraża mnie, maleńką nicość, jaką jestem, a rany Twoje pociągają mnie do Serca Twego i mówią mi o wielkiej miłości Twojej ku mnie. Po tej rozmowie nastąpiło milczenie. Wpatrywałam się w rany Jego święte i czułam się szczęśliwa cierpiąc z Nim. Cierpiąc, nie cierpiałam, bo czułam się szczęśliwa, poznając głębię Jego miłości”. ( Dzienniczek. 252).

2. W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus posyła swoich uczniów, by głosili Ewangelię[1]; być może należałoby precyzyjniej powiedzieć: Jezus posyła swoich uczniów, by głosili Ewangelię w formie kerygmatu. Współcześnie bowiem podkreśla się coraz mocniej potrzebę ponownego odkrywania i wyraźniejszego rozgraniczania dwóch filarów nauczycielskiej działalności Kościoła: kerygmatu właśnie, jako ożywczego wprowadzania do nowości Ewangelii skierowanego do współczesnych pogan i Żydów[2], oraz katechezy, jako formy umacniania w wierze tych, którzy już przyjęli Chrystusa do swego życia. Pan Jezus wskazuje również na najgłębszy powód chrześcijańskiej radości – zapisanie w księdze życia imion tych, którzy są wierni Bogu, czyli możliwość osiągnięcia zbawienia ( Łk 10, 20; por. Wj 32, 32-33, Dn 12, 1, Flp 4, 3). Tej radości nie zdołają zniszczyć nawet zewnętrzne i wewnętrzne katusze, jakim poddawani są wierni uczniowie Chrystusa. Radość ta jest bowiem zakorzeniona w najgłębszym wymiarze rzeczywistości, w samym Bogu, który daje uczestnictwo w niej tym, którzy pozostają Mu wierni. Odsłania ona jednocześnie prawdziwy sens stworzenia i zbawienia człowieka. W tym celu bowiem zostaliśmy stworzeni, aby uczestniczyć w miłości i szczęściu Boga przez wieczność. Jeżeli człowiek nie zdoła osiągnąć tego rzeczywiście podstawowego celu swego istnienia, cóż wtedy znaczą te wszystkie nieba ziemskie, dla których zdobycia potrafi on podejmować niejednokrotnie ciężkie wyrzeczenia, wysiłki i cierpienia, tj. przykrojone jedynie na miarę doczesności aspiracje, ambicje i osiągnięcia… materialna pomyślność, sukces, sława, kariera, władza, złudzenie potęgi i pycha samowystarczalności; w perspektywie utraty wiecznego szczęścia, pozostają one jedynie prochem, ironią i nic nie znaczącym pyłem. Zapowiedź i uczestnictwo w szczęściu wiecznym są nam już dane w doświadczeniu Bożego pokoju, jaki rodzi się w duszach tych, którzy trwają w łasce uświęcającej, tych, którzy żyją w zgodzie i harmonii z Bożymi przykazaniami i nauką Chrystusa. Tego rodzaju pokoju tak bardzo pragnie człowiek, że czasami, gdy odchodzi od zachowywania Bożych przykazań, ucieka się do poszukiwania tegoż pokoju psychiczno – duchowych namiastek. Ileż to dóbr materialnych wydają niektórzy ze współczesnych w tym celu, by choć na chwilę, od jednej sesji terapeutycznej do następnej, doświadczyć nie tyle autentycznego pokoju duszy i sumienia, ile psychicznej ulgi i chwilowego wyciszenia. Czy najgłębszej przyczyny różnorodnych ludzkich uzależnień, nałogów i dewiacji nie należy upatrywać również w braku tego Bożego pokoju, w braku, na jaki skazuje się człowiek wybierający drogę grzechu? Tam, gdzie pokój Boży zostaje przez grzech wyrzucony z ludzkiej duszy, tam wszystko to, co pozostaje, sprowadza się do chaosu, agresji, zaniku sensu i życia. Wtedy, by jakoś egzystować, jakoś przetrwać z dnia na dzień, trzeba się otumaniać alkoholem, narkotykami, hałasem, ekspresjami nienawiści i agresji kierowanymi również w odniesieniu do Boga, wiary i ludzi wierzących. To w tym miejscu znajduje również swe źródło ten typ wrażliwości artystycznej, który skutkuje dziełami – bluźnierstwami, i który upatruje swą wartość w epatowaniu prostactwem, prymitywizmem, cynizmem i wulgaryzmami[3]. Jak może obdarzać Bożym pokojem ktoś, kto, poprzez grzech, pozbawił tego pokoju swoją duszę? W świetle Chrystusowych słów z dzisiejszej Ewangelii za standard należy uznać głoszenie Bożej prawdy i miłości zagubionemu w grzechu światu. Tymczasem współcześnie można dostrzec próby zmiany tego kierunku; obserwujemy procesy, które bardziej zdają się podkreślać rzekomą wartość odkrywaną w świecie, z równoczesnym pomniejszaniem lub zupełnym pomijaniem konieczności wprowadzania do tejże rzeczywistości światła Ewangelii[4]. Dla pewnych subkultur standard stanowi egzystowanie w stanie permanentnego zatrucia alkoholowo – narkotycznego i taplanie się w błocie, przy gardłowym ryku śpiewaków – awangardowych artystów złączonym z akompaniamentem dzikich decybeli. Czy tego rodzaju standard ma stać się powszechnym, tylko z tego powodu, że określa się mianem światowego, nowoczesnego, postępowego? Gdy powiedzą w Światowym Centrum Sztuki, albo jeszcze lepiej, w Światowym Centrum Sztuki Najnowocześniejszej, Najbardziej Awangardowej i Najbardziej Zaangażowanej, że wystawione na widok publiczny najbardziej prymitywne i wulgarne przejawy rzeczywistości ludzkiej będą odtąd stanowiły miarę – wzorzec – standard artystycznego arcydzieła, to i owszem, istnieją takie osoby, które, w imię dopasowywania się właśnie do standardów nowoczesności, przyklasną temu poglądowi bez zmrużenia oka i włączą go do swojego repertuaru życiowo – artystycznego, ale czy to ma oznaczać, że w szeregu tego rodzaju klakierów mają znajdować się również osoby poszukujące prawdziwych wartości w życiu i dążące do wyraźnego rozgraniczania pomiędzy wartością a tandetą? Żyjemy w świecie, w którym coraz wyraźniej ujawniają się skutki rozstania ze zdrową filozofią i autentycznym docenianiem teorii ( Nie ma nic bardziej praktycznego, niż dobra teoria – ks. Marek Dziewiecki). Filozofia klasyczna uczy, że jednym z aspektów piękna jest proporcjonalność elementów. Trzeba być świadomym, że wbrew temu twierdzeniu istniały i w dalszym ciągu istnieją standardy, dla których podstawą jest chaos, niechlujność, bałagan, brak jakiegokolwiek wyraźnego zorganizowania. Znowu, czy Kościół powinien takie standardy bezkrytycznie przyjmować? Wszak przez wieki był on strażnikiem porządku, cywilizacji, sztuki o rzeczywiście wysokim poziomie, czyli sztuki prawdziwej, prowadzącej do rozbudzania pragnienia doświadczania Bożego pokoju[5]. Istnieją osoby zupełnie bezkrytyczne w przyjmowaniu wszystkiego, co im świat podaje jako standard; jedyne kryterium odniesienia do świata stanowi dla tego rodzaju osób pragnienie ustawicznego  dopasowywania się do oczekiwań i wymogów tego świata. Cokolwiek świat powie, sugerując, że teraz to się właśnie tak robi, albo, że teraz to wszyscy tzn. nowocześni i pozostający na fali, na całym świecie tak robią, to natychmiast, bez chwili refleksji podjętej nad tym, czy sugerowany element zgadza się ze zdrowym rozsądkiem, z pięknem, dobrem, tożsamością i Tradycją Kościoła, przyjmują i włączają w swoje, a co gorsza również i w innych, praxis. Gdy takiej osobie podaje się cokolwiek w opakowaniu bycia światowym standardem, bycia trendy, bycia nowoczesnym, to już jest po niej; można jej wepchnąć największe śmieci, zawinięte w celafonik aktualnego standardu, do którego wszyscy powinni się dostosowywać. Gdy świat powie: odtąd standardem będzie brzydota i chaos, to i dla takiej osoby brzydota i chaos stają się standardem. Również w takim otoczeniu, a może należałoby tutaj powiedzieć, tym bardziej w takim otoczeniu, Kościół wierny Ewangelii musi pozostawać przekazicielem prawdziwego pokoju. Pokój ten należy przekazywać również poprzez dojrzale realizowaną misję wprowadzania i umacniania autentycznie ludzkiej kultury.

3. W dziejach diecezji sandomierskiej odnajdujemy osoby, które potrafiły wzorcowo połączyć działalność duszpasterską z krzewieniem kultury, w tym również kultury muzycznej. Spełniali te zadania na różnych poziomach, także w swojej pracy parafialnej i katechetycznej. Do takich osób należał z pewnością ks. Józef Granat ( 1908 – 1990) nazywany potocznie, ze względu na swą działalność katechetyczną i zbieżność nazwiska z osobę ks. Wincentego Granata, Księdzem Profesorem. Przez 54 lata był on prefektem szkół powszechnych w parafii św. Mikołaja w Końskich; była to jedyna placówka duszpasterska ks. Granata, który przez ówczesne władze państwowe został uznany za pozbawionego odpowiednich kwalifikacji obywatelskich do objęcia samodzielnego stanowiska kościelnego[6]. Imponująco przedstawia się proces włączania śpiewu kościelnego w posługę kapłańsko – pedagogiczną ks. Granata[7]. W 1940 roku ks. Granat założył chór parafialny; w prowadzeniu tego zespołu pomagali ks. Józefowi organista Walery Postupalski i ks. Władysław Michałkowski. Pierwszymi chórzystami byli wychowankowie ks. Granata ze szkół powszechnych i osoby wysiedlone z terenów włączonych do Rzeszy Niemieckiej[8].Takie osoby jak ks. J. Granat mogą i powinny również współcześnie stanowić inspirację dla poszukiwania optymalnych dróg łączenia ewangelizacji z szerzeniem kultury i cywilizacji.


[1] „Słowo Dobra Nowina było obecne w języku rzymskich cesarzy, którzy uważali siebie za panów świata, za jego zbawców i wyzwolicieli. Wychodzące od cesarzy orędzia zwane były evangelium, bez względu na to, czy ich treść była szczególnie radosna i przyjemna. Co pochodzi od cesarza – taka zawierała się w tym idea – jest orędziem zbawczym, to znaczy nie tylko zwykłą wiadomością, lecz przesłaniem zmieniającym świat na lepsze. Jeżeli ewangeliści posłużyli się tym słowem, tak że stało się odtąd określeniem gatunku literackiego ich pism, znaczy to, że chcą powiedzieć: tu właśnie spełnia się to, do czego niesłusznie wysuwają roszczenia cesarze, podający się za bogów – pełne mocy orędzie, które jest nie tylko słowem, lecz rzeczywistością. W dzisiejszej naukowej semantyce powiedzielibyśmy: Ewangelia jest słowem nie tylko informującym, lecz także performatywnym  – nie tylko przekazem informacji, lecz działaniem, sprawczą mocą, która przychodzi na świat, żeby go uleczyć i przeobrazić. […] Podstawowa treść Ewangelii brzmi następująco: królestwo Boże jest blisko. Na linii czasu pojawił się kamień milowy, dokonuje się coś nowego. Ten dar domaga się od ludzi odpowiedzi w postaci nawrócenia i wiary”. J. Ratzinger. Benedykt XVI. Jezus z Nazaretu. Część I. Kraków 2017 s. 51.

[2] „Kerygmat, który ma być głoszony dzisiaj ma być zatem głoszeniem życia, śmierci i Zmartwychwstania Jezusa. Nie chodzi jednak o to, by opowiadać o jakichś wydarzeniach sprzed dwóch tysięcy lat, lecz o to, by mówić w sposób aktualny, aby ten kto słyszy o Jezusie mógł tu i teraz doświadczyć zbawienia. Kluczem do wejścia w ten Boży plan jest decyzja: albo żyć obciążony oskarżeniami, w bezsensie życia i śmierci, albo być dziedzicem błogosławieństw w Jezusie, dzięki wierze. Aby ją podjąć, należy pokazać człowiekowi Boga, który dziś kocha, dziś uzdrawia i dziś wyzwala. Nie osiągniemy tego celu powtarzając dosłownie formuły nowotestamentalne, jak archeolog, który odkrywa rzeczy zamierzchłych czasów, czy też przypisując im jakieś magiczne formuły. Chodzi o to, by w procesie rodzenia wiary głosząc Jezusa odnieść się do najgłębszych potrzeb i tęsknot drzemiących w człowieku, aby wyjść naprzeciw ludzkiemu oczekiwaniu na zbawienie. Trzeba mówić, że człowiek w chwili obecnej potrzebuje zbawienia i że w tej samej chwili może go doświadczyć, jeśli dziś uwierzy i nawróci się. Wtedy otrzyma tego samego Ducha Świętego, którego otrzymali Apostołowie dwa tysiące lat temu i dzięki temu otworzy się przed nim perspektywa zupełnie nowego życia. Wielkim zadaniem Kościoła jest więc najpierw aktualizacja Ewangelii do dzisiejszych czasów, a więc użycie takich słów, które są bliskie i zrozumiałe dla współczesnego człowieka oraz odwołanie się do takich doświadczeń, które są mu znane, aby mógł najpierw zidentyfikować swój życiowy problem, a potem znaleźć rozwiązanie w osobie Jezusa. Jeśli zabraknie takiej perspektywy, może się okazać, że ewangelizator mówi o problemach oderwanych od ludzkiej egzystencji i współczesnych problemów. Wtedy Ewangelia staje się nieżyciowa i przestaje być tym, czym powinna być – Dobrą Nowiną o Bogu, człowieku i dla człowieka”. P. Spyra. Kerygmat Jezusa – Dobra Nowina o człowieku i dla człowieka. „Rocznik Teologii Katolickiej” XIII ( 2014) s. 240.

[3] „Raczej nieujarzmionemu koniowi można zaufać niż niechlujnej mowie”; myśl filozofa Teofrasta ( ok. 370-286 przed Chrystusem). Diogenes Laertios. Żywoty i poglądy słynnych filozofów. Kraków 1968 s. 276.

[4] „Poza przyczynami zewnętrznymi w stosunku do Kościoła wydaje się, że po Vaticanum II nie do końca przemyślano w nim mechanizmy rządzące współczesnym światem i podjęto dialog ze zjawiskami, z którymi należałoby walczyć, a otwierając się wpuszczono te zjawiska do środka. […] Ferment w Kościele polega więc głównie na pogoni za tym światem. Niektórzy kapłani starają się, jak mówi Alain Besançon być miłym dla wszystkich i niczego od nikogo nie wymagać. Ludzie Kościoła są do tego stopnia tolerancyjni, że admirują wszystkie religie – z wyjątkiem własnej”. W. Roszkowski. Roztrzaskane lustro. Upadek cywilizacji zachodniej. Kraków 2019 s. 302.

[5] Każdy rodzaj muzyki generuje określony typ wrażliwości psychiczno – duchowej; wrażliwość stanowiąca owoc, przedstawianego czasem jako rzekomo nudny anachroniczny, liczącego kilkanaście wieków chorału gregoriańskiego, znajduje swą ekspresję w świętości życia całych pokoleń chrześcijan oraz w prawdziwym pokoju serca zharmonizowanego z wolą Boga. Oczywiście chorał spełnia swą uzdrawiającą misję w ramach szerszej substancji moralnej, którą dla wysokiej kultury stanowiło, i w pewnych jej kręgach dalej stanowi, chrześcijaństwo. Ta moralna substancja rozwijała się przez stulecia „w pięknie kościołów, klasztorów, architekturze miast, malarstwie i muzyce. Poprzez język Biblii, malarstwo sakralne, muzykę kościelną i architekturę człowiek wchodził w kontakt z prawdą, dobrem i pięknem, a one odciskały na nim swe piętno. Dzisiaj postęp obrazów medialnych zalewa już nawet małe dzieci i nie są to obrazy ani prawdziwe, ani piękne, ani dobre. Z podstawowego ujęcia antropologicznego, mówiącego, że człowiek został stworzony na obraz Boży, rozwinął się system prawny, w którym każdy był równy wobec prawa, a władza państwowa znała swoje miejsce i była zobowiązana do działania w imię dobra ogółu. […] Kościół przez wiele stuleci przynaglał wiernych do dobra, każde nabożeństwo było niejako pobudką dla sumienia, aktywizowaniem substancji moralnej. […] Kościół walczący ( Ecclesia militans) nie składa się ze świętych, lecz z ludzi, którzy, jak wszyscy inni, obarczeni są winami, upadają i znowu powstają. Najczęściej atakowany jest przez tych, po których jakoś nie widać zainteresowania świętością, ale którzy są bardziej zainteresowani tym, żeby grzechy nie były nazywane grzechami”. G. Kuby. Globalna rewolucja seksualna. Likwidacja wolności w imię wolności. Kraków 2013 s. 402-403.

[6] A. Hejda. Śp. Ks. Józef Granat. KDS 84 ( 1991) s. 184.

[7] „Jego lekcje musiały obowiązkowo rozbrzmiewać śpiewem, a on sam chętnie akompaniował na pianinie lub skrzypcach. […] Katechizacja była przedłużona o lekcje śpiewu religijnego dla szkół podstawowych. Zapoczątkował bowiem ciekawą inicjatywę jednej godziny wspólnego śpiewu. Odbywał się on w soboty w kościele parafialnym. Przygotowywano śpiewy liturgiczne na niedziele, święta i nadzwyczajne uroczystości religijne w parafii. W lekcjach tych brali udział uczniowie wszystkich szkół podstawowych i czasami spotkania te przeradzały się w rywalizację międzyszkolną. Obliczano ilość uczniów z danej szkoły. Na zakończenie śpiewu podawano wynik. Zwycięska szkoła procesyjnie zanosiła do swojej salki katechetycznej obraz Matki Bożej ( był to niejako znak zwycięstwa), który pozostawał tam do następnej lekcji śpiewu. Inicjatywa ta wymagała współpracy wszystkich uczących religii. Angażowano także starszą młodzież. Wysiłek jednak owocował. Okazywało się bowiem, że niedzielna msza święta dla dzieci i młodzieży szła śpiewająco”. Tamże s. 186.

[8] „Chór, aby mógł żywo uczestniczyć w życiu religijnym parafii, musiał wiele ćwiczyć…próby na początku odbywały się trzy razy w tygodniu i trwały dotąd, aby przed godziną policyjną wrócić do domu. Pamiętam pasterkę w 1940 roku. Przyszli też niemieccy żandarmi…Kościół był wypełniony po brzegi, ale przeważnie kobietami. Młodych mężczyzn nie było, gdyż nie dowierzano Niemcom. W każdej chwili mogli urządzić łapankę. Śpiewaliśmy kolędy, między innymi Cichą noc i widzieliśmy, jak wtedy Niemcy dziwnie na nas patrzyli. Była to jedyna pasterka w okupację”. Tamże s. 187.


2. Lecz Ty, o Panie, najlepiej wiesz,
że bez pociechy trudno nam żyć.
O dobry Jezu! Krzyżuj jak chcesz,
ale racz dla nas pociechą być.
A wśród wesela i wśród cierpienia,
będziemy nucić śpiew dziękczynienia!

3. Gdy nas otoczy krzyżowy cień,
Słońce wśród czarnych zaćmi się chmur,
daj przy ołtarzu w ten smutny dzień
znaleźć osłodę, męstwo i wzór!
A błogosławić będziem cierpienia,
wdzięcznie Ci nucąc pieśń dziękczynienia!

4. Że z nami jesteś, pozwól to czuć!
Jako Chleb życia pokrzepiaj nas,
nadzieję w sercu omdlałą wzbudź,
daj przetrwać mężnie prób ziemskich czas.
I wdzięcznie nucić wśród łez, cierpienia,
z Matką przeczystą pieśń dziękczynienia!