Afryka pozostała w moim sercu

– Afryka zawsze będzie zajmować w moim życiu bardzo ważne miejsce. Stała się częścią mnie, żyje we mnie. Na zawsze pozostanę misjonarką – opowiada Joanna Owanek.

O swoim powołaniu misyjnym, posłudze jako świeckiej misjonarki w sierocińcu w Ugandzie i Afryce, która zachwyca opowiada Joanna Owanek, która przez kilka lat posługiwała na misjach.

– Mówili mi: Nie warto! Stracisz najlepsze lata. Lepiej zostań w domu, znajdź pracę, załóż rodzinę, ustatkuj się… Ale Bóg i głos Jego powołania zawsze zwyciężają. Po kilku latach rozeznawania, modlitwy oraz rozmów z innymi misjonarzami byłam pewna, że i mnie Bóg woła, że chce, bym swój czas „straciła” dla Niego i innych, dla moich braci i sióstr mieszkających na Czarnym Lądzie. I tak wyjechałam jako świecka misjonarka kombonianka, by służyć tym najbiedniejszym i najbardziej opuszczonym – wspomina Joanna Owanek.

Leczenie wojennych ran

Z koleżanką Ewą Maziarz w 2014 roku po raz pierwszy wyjechały do Ugandy, a konkretnie do miejscowości Gulu, miasta, w którym przyszło im spędzić ponad 4 lata, mieszkając pośród plemienia Aczoli. – Aczoli, jak i cała społeczność Ugandy, to ludzie tragicznie doświadczeni przez los. Najpierw wojna, a później epidemia wirusa Ebola nie tylko zdziesiątkowały populację, ale i zostawiły bolesny ślad na tych, którzy przeżyli. Wiele osób do tej pory nie potrafi poradzić sobie z traumą, cierpi na choroby psychiczne, lęki, nerwice. Mimo ciągłego strachu i niepewności ci ludzie żyją nadzieją na pokój w Ugandzie – podkreśla J. Owanek. Pochodzące z parafii Zarzecze misjonarki przez 4 lata posługiwały w Domu Dziecka św. Judy, którego dyrektorem był kombonianin, brat Elio Croce. – Dom Dziecka św. Judy to bezpieczna przystań dla dzieciaków, które mimo młodego wieku już zostały dotkliwie naznaczone przez los. Wiele z nich zostało odrzuconych przez własne rodziny, część porzucona zaraz po narodzinach ze względu na to, że są niepełnosprawne. Wiele z nich traktowanych było przez rodziny i społeczność jako opętane. A my jako drobne narzędzia w rękach Pana Boga starałyśmy się każdego dnia dać im choć odrobinę radości, szczęścia, by na ich twarzach zagościł uśmiech, a z oczu zniknął strach, niepewność oraz smutek – opowiada Asia. Misjonarki pracowały w administracji ośrodka, co było koniecznością, jednak jak najwięcej czasu spędzały z dziećmi, organizując im czas wolny, różne gry i zabawy oraz pomagając w nauce. – Uczyłam również w szkole podstawowej języka angielskiego. Było to dla mnie nie lada wyzwanie, bo o ile posiadam wykształcenie nauczycielskie, o tyle rzeczywistość szkolna w Polsce i ta w Afryce zdecydowanie różnią się od siebie. Kiedy po raz pierwszy weszłam do swojej klasy i zobaczyłam przed sobą około 70 dzieci, niemal zamarłam. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to modlitwa do Ducha Świętego. Panie Boże, chciałeś mnie tutaj, to teraz pomóż i uczyń jak najlepszym swoim narzędziem, by ten czas był dobry dla tych dzieci, by był owocny, a nie stracony. Całkowita ufność w Bożą pomoc to coś, co towarzyszyło i towarzyszy mi nadal – wspomina misjonarka.

Dobra inspiracja

W trakcie pobytu w Ugandzie spotkała wiele sióstr oraz ojców zakonnych z różnych zgromadzeń pracujących na misjach. – Mimo że sama wyrosłam z rodziny komboniańskiej, nie zamykam się na współpracę z innymi kongregacjami. Pewnego dnia tam w Afryce poznałam siostry ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zakon ten w głównej mierze zajmuje się domami dziecka oraz edukacją. Siostry mocno zaangażowały się w pomoc kobietom, walcząc z nimi o ich prawa, szacunek i godność. Swą uwagę skupiają na młodych dziewczynach oraz kobietach, które w trakcie wojny zostały porwane, były gwałcone, zmuszane do pracy przez rebeliantów czy uczone zabijania. Poznając niektóre historie, zwłaszcza młodych dziewczyn, które przeżyły istne piekło w trakcie wojny, nie mogłam uwierzyć, że człowiek człowiekowi może zgotować taki los. Tysiące tych młodych kobiet było bitych, wiele okaleczono, zmuszano do współżycia, znęcano się nad nimi, głodząc je. Siostrom udało się wiele z takich kobiet uratować, uwolnić oraz pomóc im rozpocząć życie na nowo. Ich praca stała się dla mnie inspiracją, że mogę coś więcej zrobić na naszej misji – opowiada ze wzruszeniem Asia. Z czasem w Ugandzie, a zwłaszcza w Gulu, które znajduje się dość blisko granicy z Sudanem Południowym, zaczęło pojawiać się coraz więcej uchodźców. W głównej mierze były to kobiety z dziećmi, które uciekały przed toczącą się wojną, by szukać spokojniejszego miejsca dla swoich rodzin. – Większość tych kobiet przybywała tylko z dziećmi, ponieważ mężowie zostali w kraju, walcząc na froncie lub pracując. Rozłąka, tęsknota, poczucie odosobnienia, nieznajomość kraju, języka, kultury, brak pieniędzy, domu, mieszkania – to tylko niektóre z licznych problemów, którym przyszło stawiać im czoła. Wtedy wpadłyśmy z siostrami na pomysł, by ułatwić kobietom start w nowym kraju i dać jak najlepsze narzędzia, które pomogą im przetrwać. To, co było dla nich i dla nas najważniejsze, to danie im poczucia bezpieczeństwa, zainteresowania, troski, własnej wartości, pewności siebie, poczucia dumy z tego, że są kobietami, żonami, matkami – dodaje misjonarka. Ponieważ uchodźcy z Sudanu w większości nie znali języka angielskiego, który jest językiem oficjalnym w Ugandzie, postawiły przed sobą zadanie założenia szkoły dla dorosłych kobiet i dziewcząt. To miało dać im gwarancję większej swobody w życiu w obcym kraju oraz poczucie przynależności do nowej społeczności.

Siła drzemiąca w kobietach

– W szkole wszystkie kobiety uczyły się języka angielskiego: czytania, pisania. Trzeba dodać, że wiele z nich nigdy nie było w szkole. Poznawały także podstawy matematyki oraz zasady praktycznego życia. Dzięki temu wszystkie nasze uczennice znacznie pewniej poczuły się w Gulu, bo jak same mówiły, dzięki znajomości języka nie żyły już w odosobnieniu, ale mogły rozmawiać z sąsiadami, napotkanymi na ulicy ludźmi, zawiązywać relacje, przyjaźnie i wreszcie poczuć się jak wspólnota – dodaje Joanna Owanek. Jak opowiada, zajęcia w szkole odbywały się popołudniami, ponieważ każda z kobiet miała wiele obowiązków: musiały ugotować, posprzątać, wyprać, zaopiekować się dziećmi, odprowadzić je do szkoły i jeszcze pracować w polu. – Czymś niezwykłym dla mnie było zobaczenie ich codziennie na zajęciach – zwartych i gotowych mimo malującego się na twarzy zmęczenia. Zawsze podziwiałam ich niezwykłą siłę oraz determinację. Wiele z nich przychodziło na lekcje zaraz po pracy w polu. Błysk w ich oczach zdradzał ogromne chęci oraz zapał do pracy. To one bardzo często dawały mi siłę, kiedy przy takim upale nie chciało mi się ruszyć do szkoły. Widok ich uśmiechniętych, radosnych i pełnych wdzięczności twarzy rekompensował wszystko, a także dawał niesamowitą motywację do działania. Każda z nich niezwykle dużo mnie nauczyła. Pokazała, jaka siła drzemie w kobietach. Dzięki nim i dla nich warto było otwierać każdego dnia oczy i maszerować do miasta, by móc je uczyć. To było najwspanialsze doświadczenie, za które zawsze będę im wdzięczna – opowiada ze wzruszeniem misjonarka. Wspominając swój pobyt w Ugandzie, podkreśla, że nie żałuje lat spędzonych w Afryce. – To był wspaniały czas z Bogiem, z ludźmi i z samą sobą. Bardzo dużo nauczyłam się o sobie, ale też o ludziach, a najważniejsze to nawiązanie relacji z Bogiem. To On jest motorem napędowym, to On powołuje, to On uzdalnia, to On się troszczy i to On kocha na każdym kroku! To, że teraz jestem już w Polsce, wcale nie oznacza, że Afryki nie mam w sercu. Afryka zawsze będzie zajmować w nim bardzo ważne miejsce. Stała się częścią mnie, żyje we mnie. Do końca życia pozostanę misjonarką, czy tu, czy gdzieś indziej. I tutaj jest dużo do zrobienia. Można pomagać tym, którzy pracują na misjach, wspierając ich działania materialnie, duchowo i modlitewnie. Do tego zachęcam – podsumowuje Joanna Owanek.