1. „Pójdźmy wszyscy do Betlejem, zobaczmy, co się tam wydarzyło. Te słowa pasterzy kieruję do wszystkich. Pójdźmy do Betlejem, aby zobaczyć nowonarodzonego Bożego Syna. Jeśli ktoś się zagubił w życiu, jeśli ktoś jest smutny, to w tym Dziecięciu może odnaleźć nadzieję, radość i wewnętrzną harmonię. Jeśli ktoś jest szczęśliwy, to będzie miał okazję podziękować Bogu i rozszerzyć swoje serce na wszystkich[1]. […] Dzisiaj Chrystus puka do drzwi każdego serca i chce narodzić się w każdym człowieku. Czasami nasze serca są zimne jak betlejemska grota, czasami nieuporządkowane jak stajnia. Ale Chrystus puka do każdego serca i nie zważa na to czy jest to serce gotowe, czy nie, czy jest godne narodzenia Bożego Syna, czy nie. Będzie nam dobrze ze sobą, gdy pozwolimy narodzić się Chrystusowi w naszych sercach. Wtedy dokona się cud w naszym sercu, tak jak dokonał się cud w Betlejem”[2]. ( Bp Krzysztof Nitkiewicz).
2. Podążanie drogą prawdy, szczere i zaangażowane poszukiwanie prawdy – Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon ( Mt 2,2) – doprowadziło Mędrców do Jezusowej stajenki, do spotkania z Bogiem. Motyw poszukiwania prawdy rozumianej jako droga dojścia do Boga jest w nauce i w powszechnej mentalności często spotykany. Warto jednakże pamiętać również i o procesie odwrotnym, tzn. o teorii i doświadczeniu mówiących o tym, że czymś niemożliwym dla człowieka jest poznanie prawdy bez więzi z Bogiem. Św. Bernard z Clairvaux, bazując oczywiście na Ewangelii – Starajcie się naprzód o Królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane ( Mt 6, 33) – wypracował swoistą teorię poznania, która dokładnie analizuje ten proces[3]. Wezwani przez Heroda uczeni znali teorię o zapowiedzianym przez proroków miejscu narodzenia Zbawiciela… nic jednak nie wiadomo o tym, by ta teoria doprowadziła ich, na podobieństwo Mędrców przybywających ze Wschodu, do spotkania z Wcielonym Synem Bożym. Św. Benedykt uznał poszukiwanie Boga za najważniejsze, zasadnicze, zadanie mnicha. Na idei poszukiwania Boga została zbudowana nasza zachodnia cywilizacja. Bez wcielania tej prawdy w życie, wszystko co pozostaje z wiary sprowadza się do zabobonu i do traktowania wiary – religii, a nawet swoistej pobożności, jako sposobu na życie doczesne – utrzymanie materialne. Bez wprowadzanej bezkompromisowo w postępowanie tej naczelnej prawdy o poszukiwaniu Boga nauka staje się zaledwie przemysłem akademickim, w którym sama prawda zostaje uznana za nieistotny element, w jej zaś miejsce zdobywanie punktów do awansu zawodowego urasta do rangi naukowego ( ?) być albo nie być[4]. Gdy odrzuca się priorytetową prawdę o konieczności poszukiwania Boga, niejako automatycznie traci swój sens i znaczenie również cnota posłuszeństwa; przestaje się praktycznie przekładać tę prawdę na przyjmowanie i poddawanie się woli Bożej. W miejsce tego, jakiekolwiek zarządzenie autorytetu odbiera się jako niezrozumiałe mącenie świętego spokoju wypracowanego przez naszą wolę. Poprzez odrzucenie tego fundamentu życia ludzkiego i chrześcijańskiego nic już nie pozostaje normalne, właściwe i własne. Liturgia – dom i ojczyzna Kościoła, staje się rzeczywistością poddaną w zasadzie jednemu tylko prawidłu – prawidłu jak najszybszego i jak najbardziej prostego jej odprawiania, żeby nie powiedzieć jak najbardziej prostackiego jej sprawowania. Śpiew chorałowy, własny śpiew Kościoła katolickiego, uprzywilejowany wymiar liturgii, w którym osoba wierząca uczy się kształtować właściwy sposób odniesienia do Boga i doświadcza procesu głębokiego przyjęcia Słowa Bożego, staje się, dla ewangelizatora ukształtowanego według tego prawidła, śpiewankami, dla poznania których nie ma on zamiaru podejmować najmniejszego wysiłku ( przecież nie jest on znowu aż tak głupi, żeby się niepotrzebnie wysilać!) i nie wykazuje najmniejszego dla nich zrozumienia, zastępując własny śpiew Kościoła głupkowatymi i płytkimi przyśpiewkami rodem z pop kultury i to często pochodzącymi z jej najbardziej odrażających przejawów. A poza tym nie powinieneś mnie pouczać i wyrzucać mi mojego grzechu, bo sam nie jesteś znowu taki cudowny i doskonały. O nie ,nie, masz też i ty swoje grzeszki… tak, że trochę pokory by ci się przydało. Ja to jestem prawdziwie pokorny, bo mówię półgębkiem, chodzę przygarbiony i trwam w grzechu; nie tylko nie widać u mnie chociażby najmniejszej woli zerwania z grzechem, ale, wręcz przeciwnie, wyrobiłem w sobie mocną i stałą wolę trwania w grzechu. O bezgraniczności szatańskiej przewrotności! Czy można sobie wyobrazić większą pychę od pychy trwania w grzechu, nazywania takiego stanu przejawem pokory i obwiniania innych o brak właśnie pokory? Czy można się więc jeszcze łudzić, że taki sposób głoszenia Ewangelii przyniesie owoce zgodne z Bożym zamysłem? To przecież właśnie zanosząc z pieczołowitością i gorliwością, również liturgiczną, na krańce świata fundamentalną prawdę o niezbywalnej konieczności poszukiwania Boga przez człowieka, misjonarze wszystkich wieków i miejsc, egzorcyzmowali świat pogański, przywracając mu właściwą miarę oraz rozjaśniając ów świat Bożym światłem sensu i miłości, pozwalającym zrozumieć zarówno doczesność jak i wieczne przeznaczenie człowieka. Gdy człowiek szczerze poszukuje Boga, musi również przyjść do Betlejemskiej stajenki i zadać sobie samemu i innym pytania, w które tak obfitują polskie kolędy: dlaczego to Dzieciątko leży między zwierzętami? Czemu nie spoczywa w pałacu tylko w szopie? Dlaczego musi Ono drżeć z zimna? Mędrcy świata, monarchowie, gdzie śpiesznie dążycie? Odpowiedź, jaką odnajdujemy w kolędach, pozwala nam wniknąć w głąb tajemnicy Narodzenia Pańskiego: ten zadziwiający stan Nowonarodzonego objawia nam prawdziwy powód Jego Wcielenia – miłość Stwórcy do swego stworzenia – oraz zapowiada sposób, w jaki Jezus dokona zbawienia człowieka; człowieka, który jako niewolnik grzechu, słusznie może zostać przyrównany do zwierząt, do barłogu szopy, do głodu duszy pozbawionej możliwości odnalezienia prawdziwie sycącego pokarmu poza samym Zbawicielem. Ten, co nam później miał być przykładem w miłości i poświęceniu, dziś niezgłębionych wyroków śladem zrodzon w nędzy, poniżeniu. W garstce barłogu skrył świętą głowę, palmę świętości, męczeństwa, co światu życie miała dać nowe, nad błędem odnieść zwycięstwa. ( „Jakaż to gwiazda świeci na wschodzie”). Zarówno pieśni adwentowe jaki i kolędy często podkreślają konieczność aktywnej reakcji – odpowiedzi człowieka na przyjście Zbawiciela. Skoro jedynym motywem Wcielenia jest miłość Stwórcy do stworzenia, to również jedyną adekwatną odpowiedzią na ten fakt ze strony człowieka powinna być jego miłość do Boga, pogłębiona, lub odnowiona przez szczere nawrócenie, bezwarunkowe przyjęcie Bożych przykazań jako niezawodnej drogi wiodącej do wiekuistej szczęśliwości. Śpieszmy więc, śpieszmy, On na nas woła. On na to przyszedł, ażeby nas zbawił. Otoczmy żłóbek Jego dokoła, aby nas rączką Swą pobłogosławił. Niechaj z serc naszych znikną ciemności, otwórzmy do serc Jezusowi wrota; niech w nich to Boskie Dziecię zagości i do wiecznego poświęci żywota. ( „Do Betlejemu, pełni radości”).
3. 4 I 1908 roku zmarł Stefan Aleksander Zwierowicz, biskup sandomierski w latach 1902 – 1908. Urodził się 26 XII 1842 roku w Wyrozębach. Ukończył Seminarium Duchownego w Wilnie i Akademię Petersburską. Święcenia kapłańskie przyjął w 1867 roku. Pracował jako wikariusz, profesor Seminarium, proboszcz i rektor Seminarium. W 1897 roku został biskupem wileńskim[5], a w 1902 biskupem sandomierskim[6]. Przyczynił się do oddania gmachu sióstr benedyktynek na potrzeby Seminarium Duchownego w Sandomierzu. Był człowiekiem wybitnie uzdolnionym, gorliwym i wrażliwym duszpasterzem[7] zabiegającym o ożywienie życia religijnego szczególnie w małych parafiach[8]. Szczerze miłował polskie pieśni kościelne[9], był gorącym patriotą i obrońcą polskości przed rusyfikacją. Bp Zwierowicz uchodzi za jednego z najwybitniejszych biskupów doby zaborów[10]. Bp Stefan Aleksander Zwierowicz został pochowany w podziemiach katedry sandomierskiej. Wieczny odpoczynek racz Mu dać, Panie…
[1] K. Nitkiewicz. Słowo na Boże Narodzenie. KDS 104 ( 2011) s. 63.
[2] K. Nitkiewicz. Homilia na Boże Narodzenie 2009. KDS 103 ( 2010) s. 41.
[3]„Śród licznych w średniowieczu mistyków – mówił prof. Władysław Tatarkiewicz – usiłujących bezpośrednio obcować z Bogiem, nieliczni tylko zajmowali się teorią mistyki i uzasadniali możliwość swych usiłowań. Bernard należał do tych mistyków, którzy łączyli praktykę z teorią: nie tylko uprawiali mistykę, ale też głosili mistycyzm, czyli teorię, że obcowanie z Bogiem jest najlepszym, a nawet jedynym środkiem poznania prawdy. Ze względu na tę teorię poznania należy on nie tylko do dziejów mistyki, ale i do dziejów filozofii. Bernard i inni prawowierni mistycy chrześcijańscy nie stworzyli nowego poglądu na świat, natomiast rozwinęli swoisty mistyczny pogląd na poznanie. Do poznania wiodła, wedle Bernarda, inna droga, niż ta, którą obrali uczeni świeccy i teologowie – dialektycy. Próżno jest wysilać rozum, trzeba życiem zasłużyć na pomoc Bożą, bo siły ludzkie są niedostateczne, musi im pomóc Łaska. Łaskę zaś wysługujemy przez pokorę i miłość. One więc poznającemu potrzebniejsze są od rozumowania. Zdobycie prawdy możliwe jest tylko przez podniesienie i pogłębienie życia duchowego. Jest to długa droga. […] Bernard nie jest wprawdzie zupełnym przeciwnikiem wiedzy, uważa ją jednak za nieprzyzwoitą ciekawość, o ile ktoś szuka jej dla niej samej, a nie dąży przez nią do wznioślejszej filozofii tj. do poznania Jezusa i to Ukrzyżowanego”. S. Kiełtyka. Święty Bernard z Clairvaux. Kraków 1983 s. 130. 131.
[4] „Ostatnie lata życia św. Bernarda są nacechowane dojrzałą płodnością literacką i kaznodziejską. W roku 1140 powstaje programowe dzieło reformistyczne De conversione ad clericos, przeznaczone głównie dla profesorów i studentów w Paryżu. Rozwinięta w nim myśl, że każda wiedza i nauka winna mieć za przedmiot przede wszystkim dobro nadprzyrodzone i miłość, nie zaś własną ambicję i cele doczesne, jest typowa dla całej teologii Bernarda”. Tamże s. 287.
[5] „…przez rząd rosyjski usunięty z biskupstwa i wywieziony do Tweru za to, że listem pasterskim zabronił rodzicom katolickim posyłać dzieci do szkół cerkiewnych. Po dziesięciu miesiącach wygnania, na skutek kołatań Ojca św. do cara Mikołaja, pozwolono mu objąć biskupstwo w Sandomierzu”. J. Wiśniewski. Historia i rozwój diecezji sandomierskiej. W: Rocznik diecezji sandomierskiej na rok 1929. Red. S. Grelewski. Radom 1928 s. 16.
[6] Program pasterskiej posługi bpa Zwierowicza w diecezji sandomierskiej streszczono w dwóch słowach: sprawiedliwość i miłość. J. Luboński. S. Grelewski. Chronologiczny opis ingresów biskupów sandomierskich. W: Rocznik diecezji sandomierskiej na rok 1929. Red. S. Grelewski. Radom 1928 s. 47.
[7] „Duchowieństwo wileńskie przysłało mu kopję cudownego obrazu N. M. P. Ostrobramskiej. Umieścił ją w Kaplicy Goldtmanowskiej w katedrze. Ta pamiątka przypomina nam wielką wiarę i miłość do Kościoła gorliwego pasterza”. Wiśniewski. Historia i rozwój… s. 16.
[8] Piotr Nitecki. Biskupi Kościoła w Polsce w latach 965-1999. Słownik biograficzny. Warszawa 2000 s. 523.
[9] „Bp Zwierowicz był kapłanem ogromnej wiary i niezmiernej dobroci, którą zjednywał sobie i Kościołowi wszystkich. Widok tego Bpa, którego pospolicie nazywaliśmy Pasterzem, jego namaszczone mowy do łez wzruszały wiernych. Gorąco kochał lud i rzewne pieśni polskie podczas mszy przez obecnych śpiewane. Pracowity nad siły, nieugięty, stanowczy, gdy chodziło o dobro Kościoła”. J. Wiśniewski. Biskupi sandomierscy. Radom 1913 s. 37.
[10] „Jest to postać w najwyższym stopniu wyjątkowa w dziejach Kościoła w Polsce pod zaborem rosyjskim, zasługująca nie tylko na okazyjne przypomnienie, ale także na solidne opracowanie monograficzne”. J. Królikowski. Okólnik biskupa Stefana Zwierowicza z 1902 r. zabraniający dzieciom katolickim uczęszczania do szkół cerkiewnych. „Studia Sandomierskie” 19 ( 2012) s. 257.
2. Cóż masz niebo nad ziemiany?
Bóg porzucił szczęście swoje,
Wszedł między lud ukochany,
Dzieląc z nim trudy i znoje.
Niemało cierpiał, niemało,
Żeśmy byli winni sami,
A Słowo Ciałem się stało
I mieszkało między nami.
3. W nędznej szopie urodzony,
Żłób Mu za kolebkę dano!
Cóż jest, czym był otoczony?
Bydło, pasterze i siano.
Ubodzy, was to spotkało
Witać Go przed bogaczami!
A Słowo Ciałem się stało
I mieszkało między nami.
4. Potem królowie widziani
Cisną się między prostotą,
Niosąc dary Panu w dani:
Mirrę, kadzidło i złoto.
Bóstwo to razem zmieszało
Z wieśniaczymi ofiarami.
A Słowo Ciałem się stało
I mieszkało między nami.
5. Podnieś rękę, Boże Dziecię,
Błogosław Ojczyznę miłą!
W dobrych radach, w dobrym bycie
Wspieraj jej siłę swą siłą.
Dom nasz i majętność całą,
I wszystkie wioski z miastami.
A Słowo Ciałem się stało
I mieszkało między nami.