Nie wiem, jaki powinien być Sandomierz. Częściej myślę, jaki nie powinien być. Z pewnością nie z odwiecznym pytaniem, czy jesteś rodowitym sandomierzaninem. A jeśli Sandomierzaninem? Tylu obcych, przybyłych ze świata, z miłością bezinteresowną do tego zakątka, wydawałoby się leżącego na krańcach Ziemi, zostawiło swój bezcenny ślad. W bizantyjskich freskach, renesansowych attykach, zakonnych regułach, starodrukach, legendach, a nawet ziołach. W zwykłej rukoli, którą większość kupuje w Kauflandzie, a ja skubię tu i tam, widzę Marcina z Urzędowa i królową Bonę. Kto to miasto wyczarował? Marek Sochacki, autor słynnego walczyka, już wie, że z tej baśniowej historii dachy jak bocianie nogi patrzą na ulicę jak on na nas z niebiańskiej chmury. Wieki całe budowały miejsce dla współczesnych, pozostawiając nam spadek, nasz kapitał. Nie samym jabłkiem przecież człowiek żyje.
Sandomierz. Nie jarmarczny, kiczowaty, nie mierny, czy reklamowo-folderowy, Nie upstrzony na modę i modłę. I cóż, że medialny. Stanowczo nie komercyjny z marionetkowym bohaterem. I cóż, że w sutannie? Nie osądzany za brak tolerancji, nie ignorujący resztki dorobku naszych przodków. Nie, tylko dla zysku, z przypiętą łatą miasta zbrodni, jak już wspominano przede mną. Pospolity w kształtach sprzedawanych pamiątek. Kamienny, zastygły, zacumowany. Stanowczo sprzeciwiam się takiej projekcji. Niezręcznej atrapy minionego. Z krzywą gębą optymizmu. Tylko takiej eksploatacyjnej wizji dla wybrańców. I z pewnością nie taki, o którym pisał Nepomucen Chądzyński, a w którym mieszka Klassa ludzi nieoświeconych, leniwa i próżniacza…
Tam, gdzie San domierza do Wisły, to miejsce wyjątkowe. Wiedzieli o tym protoplaści z bardzo praktycznych powodów, ale czy tylko? To miejsce, które prowokuje do realizowania przestrzeni z wizją pełną fantazji. Jedyne, niezwykłe, ponad podziałami. Dlaczego? Ponieważ Ty i ja tu mieszkam, toteż Ty i ja powinniśmy szukać tu pojednania w myśleniu o przyszłości na zawsze związanej z przeszłością, jak kiedyś, nierozerwalnym węzłem małżeńskim. Toteż kłótnie dopuszczalne, ale… z obowiązującą przysięgą. Nie trzeba zawracać kijem Wisły. Niech płynie jak płynęła, a wraz z nią szum minionych dziejów, które po wojnie usilnie próbowano zatopić. Czerpać należy ze źródła. Żyjemy więc tu i teraz z nieprawdopodobnie dużym, a wciąż niewykorzystanym, potencjałem możliwości. Sandomierz gród miasto, mieścina, miasteczko, a przecież królewskie. Nasza duma. Wielokulturowy, barwny i niejednoznaczny. Z brawurową wyobraźnią tworzenia miejsca na miarę potrzeb współczesnego człowieka może się stać miejscem odpoczynku dla duszy i ciała. Dla każdego. O takim wciąż marzę.
Grażyna M. Milarska – Teatrolog, polonistka, absolwentka Collegium Gostomianum i KUL, inicjatorka, uczestniczka i realizatorka zdarzeń kulturalnych o różnym charakterze, mieszkanka Sandomierza, parafianka sandomierskiej Katedry.