Pośród cierni Kalahari

Na tej misji żyją jeszcze mieszkańcy, którzy jako pierwsi 50 lat temu, przyjęli chrzest. Misją ks. Mateusza Kusztyba jest ewangelizacja od podstaw.

– Kto buja w obłokach, a nie stoi twardo na ziemi, w Afryce się nie odnajdzie. Tutaj nie można zrażać się niepowodzeniami w głoszeniu Słowa Bożego, niezrozumieniem kultury czy zupełnie inną mentalnością. My Europejczycy jesteśmy ukształtowanymi przez technologię i marketing, gdzie wszystko musi być zaplanowane i wyliczone. Nie umiemy czekać, chcemy, aby wszystko szybko przynosiło wymierne efekty. Afrykańczycy są inni. Dla nich dalekosiężne planowanie jest bezcelowe i na wszystko mają czas. Zadaniem misjonarza jest pokorna i systematyczna praca, a efekty przyjdą na pewno, tylko w czasie – podkreśla ks. Mateusz Kusztyb, misjonarz posługujący w Botswanie.

Trzy filary kraju i gospodarki

Przed kilku laty, gdy zgłosił chęć wyjazdu na misje otrzymał propozycję podjęcia pracy w Botswanie. Wtedy nawet nie wiedział, gdzie szukać tego kraju na mapie. –Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że taki kraj istnieje. Bo niby skąd, ktoś miałbym o nim słyszeć? W Botswanie nie ma wojny domowej, nie ma ludzi umierających z głodu na ulicach, nie ma tych wszystkich rzeczy, dla których mówi się o Afryce w europejskich, azjatyckich czy amerykańskich mediach. No chyba, że ktoś śledzi przyrodnicze programy typu Wild, czy National Geographic, które mówią o dziewiczej botswańskiej przyrodzie. Dziś to miejsce jest częścią mojego życia, moją kapłańską misją i zadaniem wyznaczonym przez Kościół – wyjaśnia ks. Mateusz Kusztyb. Jak dodaje ten afrykański kraj jest znany z trzech rzeczy: krów, słoni i diamentów. Botswana była jednym z najbiedniejszych krajów świata. Odkrywane coraz to nowe pokłady złóż drogocennych minerałów napędzają botswańską gospodarkę. Choć w skali świata jest mikroskopijna to jednak rozwija się całkiem dynamicznie. – Wizytówką Botswany są zdecydowanie krowy. Według tubylców jest ich w tym kraju około 5 milionów. Co przy około dwumilionowej populacji ludzi robi wrażenie. Krowy są wszędzie. Na dzikich pastwiskach, na ulicach, przy domach – opowiada misjonarz. Jako kolejny symbol Botswany wymienia słonia. Według szacunków ma być ich w kraju około 120 tysięcy. Pozostają one w pełni naturalnym dla siebie środowisku, żyjąc wśród innych dzikich zwierząt. – Safari w Parku Chobe jest obowiązkowym punktem w programie turystów napływających do Botswany. Tym samym dzika przyroda i jej ochrona stały się jednym z priorytetów miejscowego rządu, a turystyka podstawowym, po diamentach, źródłem utrzymania kraju – dodaje. Jednak słonie dla części kraju staja się problemem, bo niszczą uprawy i zagrażają ludziom. Tym co zapewnia znaczącą pozycję Botswany na światowych rynkach są diamenty, które nie tylko wzmacniają sytuację finansową kraju, ale także są powodem wielu problemów.

Praca u podstaw

– Dziś po czterech latach pracy w Afryce wiem, że tylko ten, kto przebywa tu dłużej, może wrosnąć w miejscowy, niezmiennie zakurzony krajobraz – tłumaczy. Bardzo szybko zorientował się, że Kościół na tym terenie nie zapuścił jeszcze mocnych korzeni, a dzieło ewangelizacji jest na etapie początkowym. – Naturą Afrykańczyków w tym oczywiście Botswańczyków jest pogodne usposobienie. Gdy przekazuję czym jest Dobra Nowina Jezusa Chrystusa i jakie są jej wymagania z aprobatą i uśmiechem kiwają do mnie głowami. Jednak potem życie toczy się według ich zasad, nie zawsze zgodnych z duchem Ewangelii. Potem robią swoje. Trzeba umieć to przyjąć, nie zrażać się i pracować dalej, efekty będą na pewno tylko w czasie – podkreśla misjonarz. Jak opowiada, gdy przybył do misji miał wyidealizowane wyobrażenie o pracy w Afryce. – Chciałem od razu rzucić się w wir pracy duszpasterskiej, jak najczęściej odwiedzać nawet najdalsze wioski. Szybko sprowadzono mnie na ziemię. Co niedzielna Msza św. nawet w centrum całej misji nie była oczywistością dla jej mieszkańców. A rada starszych jednej z wiosek, oddalonej o ładnych kilkadziesiąt kilometrów od parafii, przybyła do mnie w imieniu całej społeczności z petycją, że odwiedzanie ich z Mszą św. raz na tydzień to trochę za często. Sugerowali, że raz w miesiącu to zupełnie wystarczająco. Dlatego teraz szukałem pretekstu, by jednak przybywać do nich jak najczęściej. Zapowiadam wizytę u chorych, a gdy już jestem na miejscu udaje się zorganizować także Mszę św. W tutejszej kulturze ważne, aby podczas wizyty czy spotkania obdarować drugą osobę prezentem. Może to być bardzo prozaiczna rzecz, ale liczy się sam gest, dla Afrykańczyków jest on potwierdzeniem, że jestem przyjaźnie nastawiony i szanuję jego osobę. Oczywiście oni także odwdzięczają się drobnymi upominkami – opowiada misjonarz. Jak dodaje dużym osiągnięciem ewangelizacyjnym byłoby postawienie wymagań znajomości dekalogu u każdego ochrzczonego lecz doświadczenie kilkuletniej pracy nauczyło go, że w wielu przypadkach okazuje ono zbyt wygórowanym postulatem. – Cieszy mnie, gdy większość umie jasno odróżnić dobro od obiektywnego zła. To pewien fundament na którym można rozpocząć budowanie formacji. Sama obecność misjonarza, świadectwo życia i zwyczajna troska o drugich jest dla moich parafian świadectwem ewangelicznych wartości – podkreśla misjonarz.

Świeży zasiew

Kościół Katolicki w Botswanie jest ciągle na początku swojej drogi. I choć religią dominującą w Botswanie jest oficjalnie chrześcijaństwo, to jednak ogromną większość wśród chrześcijan stanowią zwolennicy tzw kościołów pentekostalnych. – Wielu ludzi nie widzi problemu, aby uczestniczyć w spotkaniu raz tego, a raz innego kościoła. Niestety katolicy często to praktykują – wyjaśnia ks. Mateusz Kusztyb. W Wikariacie Apostolskim Francistown, gdzie posługuje liczba katolików waha się od 1 do 3 procent w samej stolicy. – Pierwsi misjonarze dotarli tutaj 60 lat temu, byli to Irlandczycy, pasjoniści. Po pierwszych misjonarzach zostały zapisy w kronikach oraz charakterystyczna architektura pierwszych katolickich kaplic. Oni to kładli przed laty podwaliny pod ewangelizację ludów Pustyni Kalahari. Na mojej misji żyją jeszcze osoby, które podczas tej pierwszej misji byli ochrzczeni. Ich dzieło przejęli następnie misjonarze Werbiści, których – również z naszego kraju – wielu pracowało w ostatnich latach w Botswanie. Dzisiaj ten kraj ciągle woła o nowych misjonarzy. Pracy jest naprawdę bardzo wiele – podkreśla misjonarz. Misja na której posługuje leży we wschodniej części kraju. Miejscowości Selebi-Phikwe była do niedawna górniczym i nieźle rozwijającym się miasteczkiem, ale od jakiegoś czasu wskutek zamknięcia miejscowej kopalni stało się zagłębiem bezrobocia i biedy. – Moja parafia to jedna z najstarszych w Botswanie misji katolickich. Kościół, a raczej mini-kościółek, połączony z salą spotkań nosi wezwanie Tlhatlogong (Wniebowstąpienia Pańskiego). W niedzielę potrafi się zebrać na Mszy świętej w języku lokalnym do setki wiernych. Zasięg misji, parafii, to obszar sięgający do ponad stu kilometrów od Selebi-Phikwe. Parafia ma także cztery kaplice w terenie, znajdujące się w odległości do 70 km od centrum misji. Dodam, że na afrykańskie warunki to całkiem blisko. Do parafii dziekan mam około 240 km po afrykańskich bezdrożach Kalaharii – opowiada misjonarz. Łącznie prezbiterium całego Wikariatu Apostolskiego to około 20 kapłanów posługujących na powierzchni około półtora razy większej od Polski.

Codzienność misjonarza  

– Podstawowym problemem miejscowej ludności jest AIDS. Botswana zajmuje niechlubne, drugie miejsce w światowych rankingach procentowej obecności tej choroby wśród społeczeństwa. Jak wielkie i zbawcze znaczenie może mieć również i w tej dziedzinie dzieło ewangelizacji, z jego przesłaniem wysokich standardów moralnych, możemy sobie tylko wyobrazić – opowiada ks. Mateusz Kusztyb. Codzienna praca misjonarza rozdziela się między posługę duszpasterską a codzienną troskę o byt materialny misji. – Odwiedzam chorych, prowadzę szkołę dla katechistów, którzy są podstawą działania pracy ewangelizacyjnej w samym centrum misji, jak również na wioskach. Od jakiegoś czasu prowadzę szkółkę niedzielną dla dzieci. Początkowo ciężko było ich zebrać, ale obecnie jest to niewielka, ale całkiem prężna grupa dziecięca. Zmartwienia duszpasterskie przeplatane są troską o codzienny byt. Misjonarz musi umieć naprawić samochód, by dojechać do kaplic, naprawić dach, ogrodzenie budynków parafialnych i samemu czuć się bezpiecznie. W najbliższych planach jest remont szkoły parafialnej, wybudowanie trwałego ołtarza i tabernakulum w jednej z kaplic oraz zabezpieczenie domu przed wężami, których tutaj jest całe mnóstwo – wymienia misjonarz. Jak dodaje Afryka ma swoje piękno w surowości i przyrodzie, w spokoju i gwałtowności, w inności wszystkiego. Jest odmienna klimatem, przyrodą i obyczajami. – Nie możemy zmieniać tego piękna, lecz wnosić w nie Chrystusa – podkreśla.