To one przygotowywały ciało zamordowanego ks. Jerzego Popiełuszki do pogrzebu.
Przed trzydziestu trzy laty, trzy siostry szarytki z białostockiej parafii katedralnej, jako jedne z pierwszych zobaczyły zmasakrowane ciało kapłana męczennika zamordowanego przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.
Dziś, dwie z tych sióstr pracują na terenie Diecezji Sandomierskiej. Siostra Aniela Niemiec posługuje w Domu Pomocy Społecznej w Kurozwękach, zaś siostra Maria Bereza pracuje w Kobylanach. Trzecią z sióstr posługujących przy ciele umęczonego kapłana w prosektorium Medycyny Sądowej w Białymstoku była siostra Barbara Lisocka.
Wydarzenia sprzed trzydziestu trzech lat dobrze pamięta bp Krzysztof Nitkiewicz, który wówczas był diakonem przy parafii katedralnej, gdzie pracowały wówczas siostry szarytki. Bp K. Nitkiewicz osobiście spotkał ks. Jerzego Popiełuszkę podczas swojej praktyki diakońskiej miesiąc przed męczeńską śmiercią kapłana.
Siostry do dziś w szczegółach pamiętają zdarzenia, które rozegrały się po odnalezieniu ciała ks. Jerzego Popiełuszki.
– Pracowałam wtedy w Białymstoku. Był to czas, kiedy cała Polska żyła uprowadzeniem ks. Jerzego Popiełuszki. W wielu kościołach modlono się w intencji tego kapłana. Dnia 2 listopada 1984 roku koło południa ks. Cezary Potocki, kanclerz Kurii Biskupiej w Białymstoku poprosił naszą przełożoną siostrę Barbarę Lisowską, o trzy siostry, które uczestniczyłyby jako świadkowie w ubieraniu do trumny ciała zamordowanego śp. księdza Jerzego Popiełuszki. Ustaliłyśmy, że pojedziemy we trzy: siostra Barbara Lisocka, siostra Maria Bereza i ja. Miałyśmy się zgłosić o 13.00 przed budynek kurii. Stąd zabrał nas samochód bp Edwarda Kisiela. Pojechaliśmy do budynki Medycyny Sądowej, ale nie wpuszczono nas do środka, gdyż brama była zamknięta. Obok stało kilka samochodów milicyjnych. Ksiądz kanclerz Cezary Potocki oraz towarzyszący mu księża z Warszawy pojechali do Prokuratury Wojewódzkiej, aby wyjaśnić, dlaczego nas nie wpuszczono za główna bramę. Razem z nami był także samochód z rodziną księdza Jerzego oraz karawan z trumną na ciało zamordowanego kapłana – wspomina s. Aniela Niemiec.
– Po powrocie księży z prokuratury milicjanci utorowali nam drogę. Do budynku weszliśmy pod czujnym okiem Służby Bezpieczeństwa. Jak pamiętam, ogarniał nas coraz większy lęk. Funkcjonariusz poprosili, aby rodzina ks. Jerzego została na korytarzu, a nas przeprowadzili do kolejnego pomieszczenia. Księża przeszli do następnego, gdzie przez uchylone drzwi zobaczyłyśmy ciało leżące na wózku i przykryte prześcieradłem. Tam jeszcze fotografowano zwłoki. Potem poproszono nas do innego pomieszczenia, gdzie miałyśmy się zając się ubraniem ciała zamordowanego księdza Jerzego – opowiada siostra Maria Bereza.
– Kiedy odkryto prześcieradło, zobaczyłyśmy, że ciało było torturowane. Głowa i nogi od kolan w dół były czerwone, aż fioletowe. To świadczyło jak wiele zadano mu bólu i cierpienia. Dwaj sanitariusze wycierali jego ciało i twarz. W mojej pamięci zostało, że wyglądał jak gdyby było to ciało Chrystusa zdjęte z krzyża. Te rany wskazywały na wielkie cierpienie, jakie mu zadano. Przystąpiłyśmy do ubierania ciała w strój kapłański, a więc w sutannę, albę, ornat. Jedna z nas sprzeciwiła się, gdy chciano mu przypudrować twarz, aby nie było widać pozostawionych ran – opowiada s. Aniela.
– Potem przyprowadzono starszego brata księdza Jerzego, by zidentyfikował zwłoki. Pamiętam jak jego brat patrzył na trzymaną w rękach fotografię i bacznie przypatrywał się ciału. Dopiero po chwili potwierdził, że to ciało jego brata, ks. Jerzego. Do dziś pamiętam widok umęczonego ciała ks. Jerzego. Ślady mordu na szyi, rękach i nogach. Twarz i ręce miały kolor fioletowy. Zadawano mu wiele bólu. Przyszła mi na myśl XIV stacja z drogi krzyżowej. Pomyślała, że ks. Jerzy jest już zdjęty z krzyża cierpienia i że już jest w niebie – dodaje siostra Maria.
Jak wspomina siostra do sutanny przypięto mu trzy metalowe znaczki, wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej, napis „Solidarność” i „Msza św. za Ojczyznę”. Na czerwonym ornacie położno drewniany krzyż a ręce obwiązano białym różańcem.
– Ubranego zamordowanego kapłana przewieziono do kolejnego pomieszczenia, gdzie czekali księża z parafii katedralnej z ks. Antonim Lićwinko, proboszczem. Tam włożono ciało do podwójnej trumny, drewnianej i metalowej i przewieziono do kaplicy na ostatnie pożegnanie przez najbliższą rodzinę i rodziców zamęczonego kapłana – dodaje siostra Maria.
– W kaplicy byli rodzice księdza, rodzeństwo, krewni, oraz ksiądz biskup Edward Kisiel i księża. Najbardziej zapamiętałam zachowanie i postawę Marii Popiełuszko, mamy ks. Jerzego. Patrząc na nią wyobrażałam sobie Matkę Bożą przyjmującą Ciało umęczonego Syna Jezusa. Po krótkim żałobnym nabożeństwie zamknięto i opieczętowano trumnę. Księża wzięli ją na swoje ramiona i skierowali się ku wyjściu. Jednak, gdy tylko uchylono drzwi wyjściowe ludzie w jednej chwili przejęli trumnę i nieśli wysoko rękach. Zapalone znicze i rozłożone kwiaty tworzyły aleję wyjazdową. Białostoccy taksówkarze przy włączonych klaksonach odprowadzali księdza Jerzego. Taksówkom nie było końca. Klaksony rozbrzmiewały na cały Białystok i okolice. Wszyscy białostocczanie dowiedzieli się o prawdzie. Dzieląc się przeżyciami we wspólnocie wyraziłyśmy przekonanie, że ksiądz Jerzy Popiełuszko jest męczennikiem i nie trzeba modlić się za niego, lecz do niego. Postanowiłyśmy, że tak będziemy również mówić na zewnątrz, tym bardziej, iż wszystkie pracowałyśmy w katechezie. Dodam jeszcze, że czułyśmy jego pomoc w naszych codziennych zajęciach. Często ludzie informowali nas o otrzymanych łaskach za przyczyną księdza Jerzego Popiełuszko – podkreślała we wspomnieniach siostra Barbara Lisowska.