Sandomierz w czasach epidemii

Zwano je zarazą, pomorem, powietrzem morowym lub czarną śmiercią od skutków jakie powodowała dżuma. Epidemie były jednymi z najczęstszych klęsk jakie nas nawiedzały.

Epidemie w ciągu wieków

– Zarazy, które dotykały Sandomierz zdarzały się wielokrotnie, ale z braku odpowiedniej dokumentacji, szczególnie z okresu średniowiecza, trudno oszacować jak wiele ich było. Niewątpliwie epidemie były czymś częstym. Dla przykładu w Krakowie w latach 1500-1750 było aż 92 epidemie dżumy, czyli średnio co 2 – 3 lata. W Warszawie w latach 1601-1650 było 19 epidemii dżumy, średnia więc wychodzi co 2-3 lata. Największa średniowieczna epidemia dżumy, która miała miejsce w XIV wieku zabiła niemal 50 procent ludności Europy, w środkowowschodniej części kontynentu miała mniejsze konsekwencje, ale z pewnością dotknęła i Sandomierz. Zarazy dotykały miasto w XVI wieku. Zachował się zapis kronikarski mówiący, że król Zygmunt III Waza w roku 1588 opuścił Kraków uciekając przed morowym powietrzem i schronił się w Sandomierzu. Jednak i tu dotarła zaraza, dlatego król ratował się ucieczką do Lublina, a stamtąd do Warszawy – opowiada ks. Piotr Tylec .

Pierwszą poważną epidemią, która dotknęła miasto była zaraza dżumy z roku 1602 r., która niemal wyludniła miasto. – Kolejna klęska morowego powietrza, jak dawniej nazywano zarazę, dotknęła mieszkańców regionu po wycofaniu się wojsk szwedzkich oraz po najeździe Jerzego Rakoczego, czyli pod koniec lat 50-tych XVII wieku. Oczywiście była to epidemia dżumy, która zdziesiątkowała ludność Sandomierszczyzny. Te wydarzenia militarne i sanitarno-społeczne doprowadziły do wyludnienia miasta i uważane są za koniec czasu świetności Sandomierza – dodaje. Zarazy nie ominęły Sandomierza w kolejnych wiekach. Nie posiadamy danych statystycznych dotyczących naszego miasta, ale w latach 1707-1710 w Warszawie zmarło na dżumę około 30 tys. osób. Możemy wnioskować, że i w Sandomierzu epidemia zebrała dość duże żniwo. Epidemie dżumy wygasły w początkach XIX wieku, jednak w klęskach epidemicznych nie pozostała pustka, pojawiły się nowe, niebezpieczne choroby w tym bardzo śmiercionośna cholera. – Pierwsza epidemia cholery dotknęła Sandomierz w latach 1830-1832. W czasie tej zarazy na cholerę zmarł administrator apostolski diecezji sandomierskiej bp Aleksander Dobrzański. Został on pochowany na miejscu spalonego kościoła św. Wojciecha, obecnie jest to teren placu św. Wojciecha, przed kościołem św. Józefa, gdzie umiejscowiony był w tamtym czasie tzw. cmentarz choleryczny – opowiada ks. Piotr. Obecnie na terenie dawnego cmentarza znajduje się figura św. Aleksandra na pamiątkę, że właśnie w tym miejscu pochowany został bp Aleksander Dobrzański. – Ta epidemia cholery, szalejąca w Królestwie Polskim w latach 1830-1832 pochłonęła około 50 tys. osób. Duża śmiertelność sprawiła, że właśnie w tamtym czasie zaczęły powstawać tzw. cmentarze choleryczne, gdzie chowano zmarłych dotkniętych zakaźną chorobą. Za kolejne dwie dekady duża epidemia cholery powróciła przynosząc śmierć około 50 tys. mieszkańców Królestwa Polskiego – opowiada ks. Tylec. Jak dodaje podczas epidemii zmarło wielu kapłanów, którzy posługiwali chorym i umierającym. Jednym z nich był regens czyli rektor seminarium, który równocześnie był proboszczem w Solcu. – Ostatnią pandemią, która dotknęła Sandomierza była grypa hiszpanka. Grasowała ona w Europie w latach 1919-1920. Miało to miejsce dokładnie 100 lat temu. Wbrew nazwie przybyła ona nie z Hiszpanii, ale ze Stanów Zjednoczonych. W samej Europie zamarło od tej choroby około 20 mln ludzi, a na całym świecie szacuje się, że nawet do 100 mln. W naszym mieście epidemia ta dotknęła głównie żołnierzy z sandomierskiego garnizonu. Na tę chorobę zmarło ich kilkunastu i zostali pochowani na cmentarzu wojennym umiejscowionym przed Cmentarzem katedralnym – wyjaśnia ks. Piotr Tylec. Chorobą, która zebrała swoje żniwo, szczególnie podczas działań wojennych, był tyfus plamisty, a dokładnie dur plamisty. Na tę chorobę zmarło kilku kapłanów, którzy zarazili się posługując osobom dotkniętym zakaźną chorobą. Na tyfus plamisty zmarł między innymi ks. Jan Gajkowski (zm. 8 kwietnia 1919 r.).

Jak reagowali ludzie ?

– Podejście do zagadnienia epidemii, zarazy, chorób zakaźnych zmieniało się w ciągu wieków. Trzeba wyjść od tego, że w poprzednich wiekach poziom rozwoju medycyny i higieny osobistej był niewspółmierny do obecnych czasów. Również znajomość powstawania i rozprzestrzeniania się chorób epidemicznych nie była znana na takim poziomie jak obecnie. Dlatego przez długie wieki epidemie traktowane były jako „kara Boża”. Ciekawy jest zapisek Jana Długosza z 1360 r. „zaraza, która czy to zesłana przez Boga dla pomszczenia licznych ludzkich wykroczeń, czy to w skutek jakiego szczególnego układu gwiazd i konstelacji, czy też z innej jakiejś przypadkowej nieznanej przyczyny wybuchła”. W XIV wieku chorobę, która pojawiła się w Krakowie uznano jako karę za grzech zabójstwa ks. Baryczki z którym powiązany był król Kazimierz Wielki – wyjaśnia ks. Piotr. Dyrektor Biblioteki Diecezjalnej przytacza dzieło Hieronima Powodowskiego z 1589 r. zatytułowane „Recepty dusznej i cielesnej przeciw powietrzu morowemu” w którym autor pisze o źródłach epidemii czyli morowego powietrza: „nie tak z nakazania jakiego przyrodzonego, jako z dopuszczenia, a kaźni Boskiej za jakie grzechy własne albo czyje insze” . Przytacza także słowa innego kaznodziei z 1758 r., który w jednym z zachowanych kazań pisze „Bóg grzechy karze ogniem, wojną, głodem i powietrzem. (…) Być to nie może, aby grzechy miały być bez kary. Jak ciężko kto zgrzeszył, tak ciężko powinien być karany”. – Taka wizja zarazy jako kary za grzechy obecna była nawet do początków XX wieku – dodaje ks. Tylec.

Potrzeba pokuty i poprawy życia

Z takiego podejścia na rzeczywistość epidemii i zarazy w ciągu wieków ukształtowały się pewne ludzkie postawy i praktyki pobożnościowe, które miały za zadanie przebłaganie Boga i oddalenie zagrożenia chorobą. – W średniowieczu powstawały grupy biczowników, którzy w publicznych pochodach, dobrowolnie biczowali się pokutując za grzechy. Przez długie lata bardzo popularne było noszenie specjalnych krzyży tzw. karawaków, które wraz z odmawianą stosowną modlitwą miały chronić przed zarazą. Rozwinął się także kult świętych, których orędownictwo miało uchronić w chwilach zarazy. Za patronów w czasach morowego powietrza uznawano świętego Sebastiana, świętą Rozalię i św. Rocha. Naszym lokalnym dowodem na to jest obraz w kościele seminaryjnym, niegdyś kościele zakonnym Panien Benedyktynek, który przedstawia wspólnie tych troje świętych czuwających nad chorymi dotkniętymi zarazą – opowiada historyk. Zachowała się także modlitwa do św. Rocha: „Rochu, który masz moc Boskiego daru, lud z morowego wybawić pożaru, rozpędź te chmury, uzdrów zakażone”. Rozpowszechnił się także zwyczaj pielgrzymowania do miejsc, które słynęły cudami, jednak początkowo pielgrzymowanie nie było związane z intencją zachowania od zarazy. – Kroniki Jasnogórskie odnotowują pielgrzymkę z Sandomierza w 1638 r., ale nie wiemy, czy była integralnie związana z ustaniem zarazy. W połowie XVII wieku miejscem, gdzie wiele osób doznaje cudu uzdrowienia jest mały kościół w Sulisławicach z jeszcze mniejszą ikona Matki Bożej Bolesnej. Uzdrowień doznają również osoby cierpiące na choroby zakaźne. Wykazuje je Księga Cudów, którą przytacza nam ks. Jan Wiśniewski w Monografii Dekanatu Sandomierskiego – opowiada ks. Piotr. W dostępnych źródłach zachował się opis pielgrzymki błagalnej ze Staszowa do Sulisławic. Kompaniję, czyli pielgrzymkę zarządzili rajcy miejscy w obliczu zarazy cholery, która dziesiątkowała mieszkańców Staszowa, Polaków i Żydów. Pątnicy wyruszyli nocą, gdyż staszowianie mieli zakaz opuszczania dotkniętego zarazą miasta, niosąc krzyż na ramionach. Rankiem dotarli do miejscowości Wiązownica-Zgórsko, skąd było widać już sanktuarium. Tutaj ustawili krzyż, gdyż dalszej podróży zabronili im żołnierze rosyjscy. Pątnicy wrócili do miasta, gdzie ustała już zaraza. Jak notują kroniki od tego momentu staszowianie rokrocznie pielgrzymują do Sulisławic w sobotę po oktawie Bożego Ciała. W tym roku pielgrzymka ze Staszowa do Sulisławic wyruszy po raz dwusetny.

– Podobną inicjatywę podjęli Sandomierzanie w 1855 r., kiedy miasto nawiedziła druga epidemia cholery. Pielgrzymka wyruszyła 8 września, i z tym dniem, według przekazu epidemia ustała. Od tego momentu pielgrzymowano co roku do maryjnego sanktuarium. Tradycję przerwała II wojna światowa, potem wznowienie jej uniemożliwiły represje komunistyczne. Tradycję pielgrzymowania wznowiono w 2004 roku – opowiada ks. Piotr Tylec. Podobne pielgrzymki w czasach epidemii wyruszały do Sulisławic z Modliborzyc Opatowskich czy Koprzywnicy.