1. „A cóż mówić o spełnieniu powołania kapłańskiego, o budowaniu Królestwa Bożego na ziemi, jeśli wpierw sam kapłan w swem sercu tego królestwa nie zbuduje? Jeśli kapłan nie stanie się podatnem narzędziem w ręku Bożem? Słusznie mówi Pius X w Odezwie do Duchowieństwa, że żadna zaleta wrodzona, bądź pracą zdobyta, nie nakłoni Boga do posługiwania się nami dla rozszerzenia swej chwały, boć wybrał Bóg głupstwa świata, aby zawstydzić mądre, a mdłe świata Bóg wybrał, aby zawstydził mocne i podłe świata i wzgardzone wybrał Bóg i te, których niemasz, aby zniszczył te, które są ( 1 Kor. 1, 27-28). Jedna bowiem jest tylko rzecz, która łączy człowieka z Bogiem, jedna, która czyni przyjemnym i godnym sługą Jego miłosierdzia: świętość życia i obyczajów. Jeżeli bowiem kapłanowi brakuje tej <przewyższającej znajomości Jezusa Chrystusa>, brakuje mu wszystkiego ( Ef 3, 19). Gdzie bowiem niema świętości, tam nawet wielki zasób wiedzy naukowej, tam zręczność i zapobiegliwość w działaniu, jakkolwiek mogą pewną przynieść korzyść Kościołowi albo jednostkom, nierzadko przecie stają się dla nich pożałowania godną przyczyną szkody. Ile zaś dzieł, zasługujących na podziw i dla ludu Bożego zbawiennych, może przedsięwziąć i przeprowadzić człowiek najniżej nawet postawiony, lecz ozdobiony świętością, tego dowodzą liczne świadectwa ze wszystkich wieków; a w czasach niedawnych dowiódł tego Jan Chrzc. Vianney, wzorowy pasterz dusz, którego mieliśmy szczęście zaliczyć w poczet Błogosławionych. Sama bowiem świętość czyni nas takimi, jakimi chce nas mieć powołanie Boże. Świętości jednak nikt nie zdobędzie bez modlitwy, bo pomiędzy świętością a modlitwą zachodzi związek konieczny. Dlatego słusznie wyraża się św. Chryzostom, że jest jasnem dla wszystkich i po prostu niepodobieństwem, by ktoś żył cnotliwie bez obrony modlitwy. Tyle Pius X. Tak-to prawdą jest, że Marta bez Marji nie wypracuje. Tak więc, Bracia Kapłani, jeżeli chcemy zreformować siebie wewnętrznie i stać się tem, czem być powinniśmy, przedewszystkiem ukochajmy modlitwę, postawmy ją na pierwszem miejscu wśród naszych zajęć: umiejmy zdobyć się na ten hart ducha, albo raczej miejmy to wielkie rozumienie, jakie mieli Apostołowie żebyśmy nie tylko niepotrzebne zajęcia, ale cóż mówić światowe, które nam nieraz tyle drogiego czasu niemiłosiernie kradną, a nawet tak wielkie, jak prace socjalne, umieli wielkodusznie od siebie odepchnąć, gdyby nam stanęły na przeszkodzie w odprawianiu modlitwy. Modlitwa nas nigdy nie opóźni, a zawsze dopomoże do jak najlepszego spełnienia naszych czynności. Najpiękniejszą pochwałę wypowiedział jeden z kapłanów nad trumną wielkiego Arcypasterza i kapłana według Serca Bożego, ks. Arcb. Bilczewskiego, kiedy wskazał na ten jego rys charakterystyczny, że nigdy nie żałował czasu na modlitwę. Powiedzmy szczerze: i dlatego był tak wielki. […] Naogół zaś pamiętać nam trzeba, że w walce nieprzyjaciel zawsze stara się przedewszystkiem obezwładnić, albo na swoją stronę przeciągnąć, oficerów. Kapłan to oficer w armji Chrystusowej, która ciągle jest w boju. Ten bój toczy się ustawicznie, niema w nim zawieszenia broni, ani pardonu, bo tam rozstrzygają się losy nie ziemi, ale nieba, nie czasu, ale wieczności, nie o dobra przemijające ale o dobra wieczne, nie o ciało, ale o duszę: to bój o najwyższe interesy Boga i człowieka. Toteż szatan, który jest wodzem w tej walce przeciwko Kościołowi, woli zostawić tysiące ludzi świeckich w spokoju, byle tylko jednego kapłana duchowo zniszczyć, a nawet w swego sługę przemienić, lub przynajmniej ubezwładnić. Czy mu się to nie udaje? Dlatego kapłan winien pamiętać zawsze o niebezpieczeństwie mu grożącem i ciągle mieć się na baczności wiedząc, że szatan jako lew ryczący krąży, aby go pożarł, a prace jego wszystkie unicestwił. W r. 1910 odbył się kongres masonerji w Rzymie, na którym między innemi w walce z Kościołem i na kapłanów baczne zwrócono oko i taki plan akcji ukuto: Młodych księżyc psuć moralnie, wciągając ich do wesołych i lekkich towarzystw. Skutek będzie zawsze pomyślny, bo albo ksiądz wystąpi z Kościoła, a wtedy my krzyczeć będziemy, że celibat szkodzi Kościołowi i naraża kapłanów na niemoralne życie; albo kapłan pozostanie w Kościele i będzie żył niemoralnie, a wówczas odda nam on jak najlepsze usługi, bo sam najskuteczniej burzyć będzie znienawidzony przez nas Kościół Jezusa. Wszelkim nareszcie sposobem trzeba pracować nad rozdwojeniem Kościoła. Oto iście piekielny plan wrogów, który niestety aż nadto widocznie zarysowuje się w życiu. Jakże tedy kapłan winien być ostrożnym w postępowaniu; jak czuwać nad sobą i nad swoimi czynami; jak właśnie tam, gdzie mu się wydaje, że postępuje dobrze według mądrości ludzkiej, ma upatrywać jak największe niebezpieczeństwo i uciekać od tych przyjaciół, których mu świat i namiętność podsuwa. To wołanie Piotra do wiernych po Zesłaniu Ducha Świętego powinniby kapłani ciągle sobie powtarzać: Wyzwolmy się od tego narodu przewrotnego ( Dz. Ap. 2. 40). Uciekajmy z pośród Babilonu tego świata, z tej Sodomy i Gomory, abyśmy zamiast je ratować, sami z niemi nie poginęli. Otóż to uciekanie od świata zepsutego odbywa się wewnętrznie, kiedy kapłan wyplenia ze swego serca te wszystkie zarody życia światowego i grzesznego, które go ze światem wewnętrznie łączą; kiedy pracuje nad opanowaniem siebie, a przedewszystkiem nad opanowaniem swojej najbardziej słabej strony. To się dzieje najskuteczniej za pomocą rachunku sumienia szczegółowego, kiedy codziennie pracuje nad wykorzenieniem jednej wady i nad opanowaniem najsilniejszej w sercu namiętności”[1]. ( Ks. Henryk Haduch).
2. Zakorzenienie w Chrystusie poprzez łaskę uświęcającą stanowi jedyny sposób przynoszenia prawdziwych i zdrowych owoców życia. Nie ma innej drogi, by swoje życie i postępowanie uczynić sensownym, zasługującym i prawdziwie szczęśliwym. Dzisiejsza perykopa ewangeliczna znajduje potwierdzenie w niemal codziennej praktyce życia; najzacieklejszymi krytykami Kościoła, osób duchownych, ludzi żyjących w łasce uświęcającej są ci, którzy sami zabrnęli w poważne uwikłania grzechowe, do których w sumieniu szczerze się nie przyznają i nie podejmują autentycznego nawrócenia. Poeta napisał, że gdy dobry anioł w nim zwycięża, to pragnie on wyśpiewywać Bogu bezustanne dziękczynienie za wszystko, czego doświadcza. Gdy zaś górę bierze w nim zły anioł, wtedy z obrzydzeniem patrzy na kwitnące drzewa. Najgłębszym źródłem zaburzenia percepcji świata i drugiego człowieka jest zawsze grzech i grzesznik, który nie może znieść pokoju Bożego uobecnionego w duszy osoby trwającej w łasce uświęcającej. Współcześnie jednakże, trudno oprzeć się wrażeniu, że wiele osób spętanych grzechem próbuje do swej zaburzonej percepcji świata dołączyć bardzo silny motyw pragmatyzmu; tworzy się dzieła sztuki szkalujące i oczerniające, przykładowo, środowiska duchownych ( przy czym sami twórcy takich dzieł czasem twierdzą, że oni, co prawda, nie spotkali w swoim życiu takich księży, ale licentia poetica zezwoliła im na nieznaczne przeciągnięcie obrazu), powodując tym samym powstawanie w społeczeństwie silnych skłonności i postaw antyklerykalnych, po czym bardzo szybko próbuje się zbić kapitał polityczny na tego rodzaju zachowaniach, organizując np. antyklerykalne ugrupowania polityczne; jak się okazuje, antyklerykalizm może być również użytecznym paliwem wyborczym. Opłaca się pozostawiać belkę w swoim oku, bo w ten sposób można tworzyć fałszywy obraz wybranej wspólnoty, dla przykładu – Kościoła, jako środowiska o rzekomo kolosalnym stopniu zakorzenienia jakiejś dewiacji, tym samym minimalizując i spychając w cień niebytu te środowiska – osoby, wśród których owe dewiacje przybierają jeszcze potworniejsze rozmiary. Ale my przynajmniej nie stroimy się w szatki świętoszków i nie potępiamy tych dewiacji tylko je promujemy przyznając każdemu prawo, by żył tak, jak chce – mówią czasami apostołowie moralnej awangardy współczesności. To źle, że nie potępiacie! Nie stanowi żadnego powodu do chluby nie nazywanie grzechu grzechem! Nie potępiając, uznajecie tym samym te dewiacje za coś dobrego. Kościół zaś, świadom ludzkiej grzeszności i własnego udziału w grzechu świata, przynajmniej nie próbuje wybielać zła – poprzez nie nazywanie zła złem, czy też przez próbę ukazywania zła jako dobra – ale, powtórzmy, uznając swój udział w grzechu świata, wyraźnie rozgranicza zło od dobra i wzywa do wyzwalania się ze zła i do takiego życia, którego będzie stanowiło udział w dobru prawdziwym. Jedynym prawdziwym wyjściem z sytuacji zaburzonej grzechem percepcji jest rzeczywiście wyjęcie belki ze swego oka w sakramencie pokuty i szczere wejście na drogę nawrócenia. Znak rozpoznawczy kłamcy – manipulatora: sztuczne wyolbrzymianie swoich, często rzekomych, osiągnięć, prostacko – bezczelne deprecjonowanie realnych osiągnięć innych osób. Dzisiejsza Ewangelia o dobrym i złym drzewie stanowi sól w oku kłamcy; w świecie, w którym dokonała się niespotykana w dziejach deprecjacja wartości słowa, Ewangelia ta pozostaje jedynym ratunkiem dla uzyskania autentycznego kryterium prawdy. Nigdy nie znajdzie prawdziwego pokoju duszy człowiek, który będzie poszukiwał źródeł swego grzechu w czymś lub kimś innym niż on sam, który nie będzie w pełni przyznawał się przed sobą i przed Panem Bogiem, że to właśnie on zdradził Chrystusa, że to właśnie on podeptał Boże przykazania, że to on właśnie dopuścił się niewierności – grzechu. Można w zafałszowanym poszukiwaniu odpowiedzialnych za swój grzech spędzić całe życie i ustawicznie szamotać się w przekonaniu, że to ten, czy ów był przyczyną mojego grzechu; rodzina, zły przełożony, kolega, koleżanka, środowisko życia… na próżno. Dopóki grzesznik nie przeżyje autentycznie doświadczenia św. Piotra dostrzegającego swój grzech jako właśnie swój, czyli przez niego popełniony, i zostanie wstrząśnięty tragedią tej prawdy w taki sposób, że obudzi w nim ona gorzki płacz serca i wolę nawrócenia, dopóty jego sumienie nie zazna pokoju. Brak podjęcia nawrócenia objawia się także w niezwykle obfitym gromadzeniu fantastycznych uzasadnień trwania w grzechu, w szerokiej manipulacji terminami, pojęciami, językiem. Człowiek odmawiający podjęcia nawrócenia potrafi nazywać trwanie w grzechu wzajemną pomocą, przezwyciężaniem samotności, towarzyszeniem zagubionemu, itp. W rzeczywistości tego rodzaju osoby pomagają sobie nawzajem iść drogą wiodącą wprost do piekła. Czy bez zakorzenienia jakiegokolwiek rodzaju relacji z drugą osobą w Chrystusie można szczerze do tej osoby powiedzieć: dobrze, że jesteś? Czy w piekle też powiesz do drugiego: dobrze, że jesteś? Który święty, który człowiek żyjący wiernie w łasce uświęcającej doświadcza samotności? Osoba przezroczysta swoją wiernością Bogu i powołaniu wręcz szuka sposobności, by znaleźć chwilę wytchnienia; jak w przypadku Jezusa i Jego Apostołów, którzy nawet na posiłek nie mieli czasu z powodu tłumów do nich się cisnących ( Mk 6, 32). Samotny uczeń Chrystusa to uczeń, który stracił gorliwą miłość do Zbawiciela i bliźniego oraz nie podejmuje próby odzyskania tej miłości. Zamiast tego wykorzystuje swoją rzekomą samotność do tego, by usprawiedliwiać swój grzech, poszukując takiego stylu życia, który nie harmonizuje z jego powołaniem: udaje męża, gdy tym mężem nie jest i nie powinien być, dla urozmaicenia życia i czasu wchodzi w nałogi, oddaje się lenistwu przy jednoczesnym zaniedbywaniu swych elementarnych obowiązków, itp. Wyjmij belkę ze swego oka, a wtedy będziesz również w stanie pomóc bliźniemu wyciągnąć drzazgę z jego oka.
3. Św. Kazimierz królewicz ( +1484) – wzór chrześcijańskiego władcy i polityka. Otoczony środowiskiem, którego dominującymi czynnikami byli szczerze pobożni i dbający o chrześcijańskie wychowywanie swych dzieci rodzice, mędrcy, intelektualiści i święci[2], został św. Kazimierz wprowadzony w sposób wzorcowy w proces rozumienia i doświadczania wielkości oraz szlachetności dziedzictwa wiary i miłości ojczyzny. Stąd wyjątkowo wyraźnie ujawnia się w osobie i życiu św. Kazimierza prawda o chrześcijaninie, który miłość Boga potrafi w swoim postępowaniu przełożyć na sprawiedliwą służbę narodowi i państwu[3], i który stara się bezustannie odkrywać Bożą harmonię przenikającą całe stworzenie[4]. Tym samym, można dostrzegać w św. Kazimierzu zwieńczenie nurtu intelektualno – duchowego dążącego do uchwycenia pełnej harmonii kosmosu, wszystkiego, co jest, nurtu tak fundamentalnie charakterystycznego dla średniowiecza[5]; czasami, za datę zakończenia średniowiecza w Polsce uznaje się rok śmierci ojca św. księcia Kazimierza Jagiellończyka, czyli króla Kazimierza Jagiellończyka, rok w którym również dokonano odkrycia Ameryki, tj. 1492. Zasadnicze niezrozumienie mentalności średniowiecznej znajduje się właśnie w pomijaniu tego głównego przesłania czasów średniowiecznych; nawet współcześnie niektóre osoby określają tę epokę w sposób pejoratywny: a co to jest, średniowiecze? Mamy się cofać do średniowiecza? Osoby o tego rodzaju mentalności dają świadectwo całkowitego niezrozumienia natury i dorobku średniowiecza. Owszem, jak w każdej epoce, tak i w średniowieczu istniało dużo ludzkiej biedy, cierpienia, gorszych, w porównaniu ze współczesnymi, warunków życia materialnego. Ale zasadnicze dążenie i przesłanie tych czasów zasadza się właśnie na stworzeniu całościowej – opartej na filozofii i teologii, tj. na naukach zgłębiających naturę człowieka i tegoż powołanie na tej naturze zbudowane – harmonii wszystkiego, co jest. Gdy zarzucono zgłębianie tej harmonii niemal natychmiast człowiek i ludzkość znalazły się poza swoim domem, w chaosie, w dysharmonii uniemożliwiającej osiągnięcie autentycznego porozumienia na jakimkolwiek poziomie[6]. W dziejach diecezji sandomierskiej szczególnego czciciela św. Kazimierza można widzieć w osobie bpa Edwarda Materskiego, który gorliwie szerzył kult tego świętego; bp Materski ogłosił św. Kazimierza patronem Radomia i diecezji radomskiej oraz sprowadził Jego relikwie właśnie do Radomia[7].
[1] Kazania wygłoszone na Synodzie Sandomierskim dnia 3, 4, 5 lipca 1923 roku do kapłanów w obecności Ich Ekscelencyj Księdza Biskupa Ordynarjusza Maryana Ryxa i Księdza Biskupa Sufragana Pawła Kubickiego przez ks. Henryka Haducha T.J. Sandomierz 1924 s. 26-27. 29- 31.
[2]Św. Kazimierz żył w okresie, który został nazwany przez historyków złotym okresem świętości w Krakowie. „Istotnie tak się zeszły okoliczności, iż dziewięciu świętych patronów polskich przebywało w stolicy królów polskich. Z tej liczby pięciu mieszkało w niej stale, dwóch większą część życia tam spędziło, a dwóch lata niektóre. Byli bardzo nierówni wiekiem. Gdyby liczyć od urodzenia najstarszego z nich, znanego nam już bł. Izajasza Bonera aż do zgonu najmłodszego z tego świętego grona, bł. Ładysława z Gielniowa, wypadnie 125 lat ( 1380-1505). Taka rozświeciła się nad Krakowem łuna świętości długotrwała, iż przez 125 lat zawsze to królewskie miasto miało u siebie jakiegoś świętego, a po większej części kilku na raz”. F. Koneczny. Święci w dziejach narodu polskiego. Warszawa ( reprint z 1937 r.) s. 248. Wśród świętych i błogosławionych tego czasu można wspomnieć, oprócz wymienionych w cytowanym tekście oraz samego św. Kazimierza, m.in. św. Jana Kantego ( + 1473), św. Jana z Dukli ( + 1484), św. Szymona z Lipnicy ( + 1482), św. Stanisława Kazimierczyka ( + 1489), bł. Michała Giedroycia ( + 1485) i sługę Bożego Świętosława Milczącego ( + 1489).
[3] „Opromieniają świętych cudowne legendy, lecz temu świętemu legenda wyrządziła krzywdę. Kto go zna tylko z legendy, mniema o nim, że umiał tylko odmawiać modlitwy, chodząc od kościoła do kościoła, nawet po nocy. Zabawną jest legenda, gdy opowiada, jak królewicz klęczy na śniegu przed kościołem, bo kościół właśnie zamknięty! Dziwy nielada! Lubiał chadzać w sam raz do kościołów zamkniętych? A na zamku nie miał kościoła? A jeżeli zależało mu na pewnym kościele, że też kościelny nie pędził z kluczami, żeby mu otworzyć! I chodził królewicz po mieście nawet w nocy samiuteńki, bez jednego choćby służącego? Ale takie rzeczy głoszą legendy nie tylko o św. Kazimierzu królewiczu, lecz o licznych innych świętych. ( Te same legendy powtarzają się w rozmaitych krajach i w rozmaitych czasach). A tymczasem królewicz ten należy do świętych politycznych, do tych, którzy pragnęli przystępować do polityki religijnie, według wskazań moralności katolickiej. Powiedziano o świętym Kazimierzu słusznie, jako osobistość ta nie tylko w żywotach świętych powinna być zapisana, ale także w księgach historii. Tkwił w tym królewiczu, wielce bogobojnym, duch takich świętych Pańskich jak święty Wojciech, Wincenty Kadłubek, św. Jacek. Należy on do szeregu politycznych świętych polskich. Są tacy święci, którzy w największym wirze świata, na najwybitniejszych stanowiskach i wśród nawały różnorodnych spraw świeckich starali się zaprowadzić sprawiedliwość chrześcijańską w praktyce i dbali o moralność w polityce. O zasadzie swych rządów sam napisał w pewnym piśmie do Wrocławian, że chce wybadać, czego wymaga sprawiedliwość, którą nad wszystkie inne cnoty uprawiać winienem i pragnę”. Koneczny. Święci… s. 284-285. Elementy legendarne żywotów świętych przedostały się również do tekstów niektórych pieśni. Współcześnie, należałoby więc dokładać usilnych starań do tego, aby tworzyć taką warstwę tekstową śpiewów o świętych, która, unikając wtrętów legendarnych, zawierałaby syntezę autentycznego przesłania płynącego z osoby i życia danego świętego.
[4] W tym pragnieniu odnalezienia kosmicznej harmonii stworzenia i Stwórcy należy zapewne umieścić także gorliwą cześć, jaką św. Kazimierz oddawał Najświętszej Maryi Pannie; postać św. Kazimierza została w sposób nierozerwalny złączona ze śpiewem Omni die dic Mariae – Dnia każdego sław Maryję, śpiewem, którego zapis umieszczono również w trumnie zmarłego księcia. E. Czerwińska. Polscy święci i błogosławieni. Warszawa 2013 s. 31.
[5] „Średniowiecze wsłuchiwało się w harmonię ładu wprowadzanego do życia jednostek i zbiorowości przez intelekt i wiarę. Architekci budowali katedrę z kamienia, św. Tomasz z Akwinu swoją Sumę teologiczną układał z prawd objawionych i osiągnięć umysłu ludzkiego, którego obowiązkiem jest wszystko porządkować. Wszyscy wiedzieli, że zwornikiem powstającej kultury, odświętnej i codziennej, może być tylko Chrystus, który Apostołom zapowiadał: Beze Mnie nic uczynić nie możecie. Prawa Ewangelii były wówczas miarą wartości myśli, pragnień i działania chrześcijan traktujących poważnie problem zbawienia. Był to najważniejszy problem ludzi średniowiecza, nawet tych, którzy grzeszyli przeciwko prawdzie i przykazaniom, ponieważ towarzyszyła im zawsze świadomość, że przed Bogiem – Sędzią ukryć się nie mogą. Zbyt często przypominano im w kościołach słowa z Księgi Hioba: Bo oczy Boga na drogach człowieka i wszystkie jego kroki widzi. Nie ma ciemności ani cienia śmierci, gdzie mogliby się ukryć czyniący zło. Kamienna wizja Sądu Ostatecznego, umieszczana nad portalami katedr, uczyła ich, jak trzeba – według wskazań Biblii – chodzić w obliczu Boga. Chodzono więc w obliczu Boga z lękiem sakralnym, pytając o najpiękniejszą drogę do szczęśliwej wieczności. A wszelkie zejścia z niej, własne i cudze, przykładano do tekstu Ewangelii, do oficjalnej nauki Kościoła i do opinii publicznej, urabianej zdrowymi zasadami tradycji chrześcijańskiej. Każdy ówczesny Europejczyk wiedział, że istnieje wspólny wszystkim wyznawcom Chrystusa jeden punkt odniesienia myśli i czynów ludzkich. I to dawało mu poczucie bezpieczeństwa w społeczności nazywanej królestwem Bożym na ziemi. W 1923 roku pisał publicysta moskiewski: Średniowieczem rządził strach. Komunizm przywraca człowiekowi odwagę, dumę i radość, odbieraną mu przez wiarę. Dopiero teraz jest prawdziwie wolny. O takiej wolności marzyli niektórzy humaniści już w czternastym wieku, głoszący, że najważniejszym obowiązkiem człowieka jest dążenie do absolutnej autonomii, dzięki której stanie się jedynym w całej rzeczywistości prawodawcą i twórcą wszelkich wartości. Nie był to jeszcze wyraźny bunt przeciwko Bogu i zasadom wiary, raczej atak na autorytety interpretujące prawdy objawione i oceniające wartość postaw moralnych. Uderzenie w średniowieczną wizję świata, wypracowaną przez filozofię i teologię scholastyczną, utożsamiano z uderzeniem w istotę Kościoła. Ani jego obrońcy, ani przeciwnicy nie dostrzegli największego niebezpieczeństwa, jakim było pomieszanie pojęć. A przecież wszyscy znali powiedzenie: Najgroźniejszym wrogiem filozofii jest chaos myśli. Przez wiek szesnasty przeszła burza, która pozostawiła po sobie chaos w myślach Europejczyków. Wszystkie dziedziny życia religijnego, obyczajowego i kulturalnego zostały nim dotknięte. Szekspira wolno uważać za genialnego kronikarza, spisującego zmiany, jakie zachodziły w stosunkach międzyludzkich wskutek wytrącenia z nich stałych punktów odniesienia: Biblii jednoznacznie interpretowanej, Kościoła nauczającego i wartościującego intelektualne i etyczne postawy każdego chrześcijanina, prawa Bożego – źródła sprawiedliwych praw ludzkich. Sąd na swoją epokę autor Hamleta wyraził jednym zdaniem głównego bohatera tragedii: The time is out of joint ( Ten czas, czyli współczesność, wyszedł ze stawu, tj. został wywichnięty, wykolejony – dopisek. J.B.). Wizję takich czasów, które nagle zagubiły sens nadawany im przez świat nadprzyrodzony, przekazał nam Psalmista słowami pełnymi trwogi: Gdy fundamenty się rozpadają, cóż może zdziałać sprawiedliwy? W Hamlecie nie ma sprawiedliwych, którzy potrafiliby odbudować ruiny. Jedyną niewinną postacią jest tam Ofelia, wierząca w miłość i zmiażdżona nagromadzonym ciężarem zdrad, nienawiści i zemsty. Znalazła się bowiem w świecie bez miłosierdzia, w świecie dalekim od Dekalogu i Ewangelii. Paul Claudel surowo, być może zbyt surowo, osądził Szekspira, pisząc: Średniowiecze było jeszcze dość blisko, a tymczasem w teatrze Szekspira nie ma nawet śladu wiary, jakby Ewangelia ludziom nigdy nie została ogłoszona. Autor Henryka VIII nie pozostawił wyznań, z których można by coś pewnego wywnioskować o jego stosunku do religii chrześcijańskiej, a zwłaszcza katolickiej. Mimo tego, że w opisywanym lub wymarzonym przez niego świecie nie spotykamy widocznego działania zasad chrześcijańskich, nie powinno się go oskarżać o niewiarę i niemoralność. Był dzieckiem szesnastego wieku, widział go więc i opisywał inaczej, aniżeli człowiek średniowiecza widział i przeżywał swoje czasy. Dla ludzi średniowiecza pojęcie domu kojarzyło się z pojęciem wieczności, do której należy ostrożnie pielgrzymować przez zmienną doczesność, przez świat. Dlatego do określenia i definicji człowieka dodawano zwykle viator – istota w drodze, pielgrzym. Renesans uczył wszystkich patrzeć na kosmos jak na miejsce stałego i szczęśliwego pobytu. Carolus Bovillus ( 1472-1533) zapewniał czytelników: Ten świat nie jest niczym innym jak tylko obszernym domem człowieka. ( Jakże krańcowo różne spojrzenie na życie człowieka od tego wyrażonego przez św. Teresę z Avila w słowach: Nasze życie? Kiepski nocleg w niewygodnej gospodzie – dopisek J. B. ). Skłaniało to do zadomowienia się przede wszystkim w sprawach tego świata, który powoli tracił charakter drogi do rzeczywistości ponadmaterialnej i kusił, żeby jedynie teraz i tutaj szukać prawdziwego szczęścia”. J. Mirewicz. Słudzy Europy. Kraków 2003 s. 113-116. Nie chodzi tutaj bynajmniej o proste zastąpienie jednej koncepcji życia drugą – dotąd myśleliśmy i postępowaliśmy w ten sposób, a teraz będziemy myśleli i postępowali inaczej – lecz o fundamentalnie ważne odczytanie natury człowieka i wynikającego z niej jego powołania. Bo jeżeli rzeczywiście status bytowy człowieka sprowadza się do istoty cielesno – duchowej, której celem istnienia jest osiągnięcie szczęścia wiecznego, to zacieśnienie ludzkiego powołania i ludzkich aspiracji wyłącznie do doczesności stanowi prawdopodobnie najpotworniejszy z możliwych do wyobrażenia błędów poznawczo – ontologicznych.
[6] „Europa przeżywała wówczas ( tj. w XVI wieku – dopisek J. B) skutki rozbicia jedności religijnej, społecznej i politycznej. Zacierała się już nawet pamięć o jej średniowiecznej strukturze, dążącej do idealnego zhierarchizowania wartości materialnych i duchowych. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że żyją i działają w nowej rzeczywistości i że nie ma co czekać na powrót starych czasów. Pisał o tych dawnych – i dobrych według niego – czasach autor traktaciku ascetycznego w 1591 roku: Biada nam! Nasz dawny dom się rozpadł, a przy budowie nowego nastąpiło pomieszanie języków, i potomności zostawimy wieżę Babel, której nie zdołaliśmy dokończyć. Było to rzeczywiście tragiczne pomieszanie myśli i słów o prawdach wiary i o zasadach moralnych, obowiązujących dawniej każdego chrześcijanina w jednym, świętym, powszechnym i apostolskim Kościele”. Tamże s. 127.
[7] „Wraca w tych relikwiach św. Kazimierz do swego Radomia, do miasta, w którym mieszkał, z którego rządził w zastępstwie ojca – Koroną. Są nam potrzebne Jego relikwie! Jak Gniezno ma Wojciecha, a Kraków Stanisława – tak od tego roku Radom będzie radował się św. Kazimierzem”. A. Warso. Bp Edward Materski – pierwszy biskup radomski. „Studia Diecezji Radomskiej” 9 ( 2009) s. 362. 364.
2. Ozdobo kraju naszego,
Wzorze cnót wieku młodego,
Któż może ku Twojej chwale,
Uwielbić Cię doskonale?
3. Gdyż Ty w małości dziecięcej,
W rozkoszy życia książęcej,
Zupełnie światem wzgardziłeś,
A w Bogu się zatopiłeś.
4. Chwałę Jezusa miłego
I Maryi Matki Jego
Całą siłą pomnażałeś,
Na tej i noce czuwałeś.
5. A ciało Twoje pieszczone,
Jak srodze było martwione,
Postami, dyscyplinami,
Ostremi włosienicami!
6. Tak syn królewski na dworze,
Jak w pustelniczej komorze,
Pełen cnót, bogomyślności,
Bogu służy w swej młodości.
7. O Boże, jakżeś łaskawy!
Że święte sług Twoich sprawy
Tak wielce Sobie szanujesz,
Że w niebie Je koronujesz.
8. Przez Kazimierza zasługi,
Odpuść grzechów naszych długi
Zbaw nas od wszelkiego złego:
Doczesnego i wiecznego.
9. Uproś, święty Kazimierzu,
Abyśmy z Bogiem w przymierzu
Trwali wiernie i statecznie,
Potem w niebie żyli wiecznie.