XIX Niedziela zwykła C

1. „Stare przysłowie łacińskie powiada, że niespodziewana śmierć jest losem osób duchownych: Clericorum sors – subitanea mors. Często rzeczywiście się zdarza, że duchowni nagle schodzą z tego świata. Znakomity biskup węgierski, słynny mówca i pisarz religijny, Prochaska umarł nagle na ambonie podczas głoszenia Słowa Bożego. W czasie głoszenia kazania w katedrze w Brindisi zmarł również nagle 28 stycznia 1951 roku arcybiskup Piotr Munzani, jeden z wybitnych Pasterzy włoskich. Wczoraj wyczytałem w Gościu Niedzielnym wiadomość, że w Wiedniu, w kościele św. Leopolda, zmarł ksiądz proboszcz Herre w momencie, gdy po przeistoczeniu, podnosił Przenajświętszą Hostię do góry. Znane mi są dwa inne wypadki, gdy księża proboszczowie umarli podczas Mszy Świętej: jeden w czasie odmawiania ministrantury, drugi po podniesieniu. W tym roku, 27 marca, odbywała się w katedrze miasta Osnabrück konsekracja nowego księdza biskupa ordynariusza. Gdy pod koniec obrzędów nowy biskup, Franciszek Demann, udzielał po konsekracji pierwszego swego błogosławieństwa i przeszedłszy przez nawę katedry, ukazał się we drzwiach kościoła, by pobłogosławić wiernych, którzy stali przed kościołem, padł w tym momencie martwy. W pewnym mieście biskupim w Polsce zmarł przed 24 laty nagle na serce w swoim mieszkaniu w seminarium duchownym bardzo świątobliwy kapłan, wicerektor tego seminarium, liczący 47 lat życia. Śmierć nastąpiła w miesiącu lipcu. W tym samym miesiącu i w tym samym mieszkaniu zmarł nagle w czternaście lat później jeden z następnych wicerektorów tego seminarium, bardzo przykładny kapłan, też liczący 47 lat. Można by tych wypadków podać jeszcze więcej, ale ograniczę się do przytoczenia jeszcze tylko jednego przykładu niespodziewanej śmierci, nie spowodowanej tym razem wewnętrznymi zmianami w organizmie, lecz katastrofą lotniczą. W ubiegłym roku czytaliśmy w gazetach, że 15 maja tegoż 1956 roku w nocy, podczas lotu w pobliżu miasta Ottawy w Kanadzie wskutek defektu runął wielki samolot odrzutowy lotnictwa kanadyjskiego na klasztor żeński. Na skutek eksplozji poniosły śmierć 52 zakonnice spośród 69, jakie w tym klasztorze się znajdowały. Też nagła i zupełnie niespodziewana śmierć i to we śnie, bo katastrofa zdarzyła się w nocy. Bóg powołuje kapłanów do siebie dość często nagle. Może w ten sposób chce nam dać poznać, że zawsze mamy być przygotowani na śmierć, że powinniśmy być stale w stanie łaski uświęcającej, czego zresztą wymaga i nasze święte posłannictwo kapłańskie, a wam, wiernym, chce może pokazać, że ci, którzy jako duszpasterze tak często stykają się ze śmiercią, o niej do was mówią, nieraz niespodziewanie sami życie swe kończyć będą”[1]. ( Bp Franciszek Jop).

2. Dzisiejsza Ewangelia kontynuuje nauczanie Chrystusa z poprzedniej niedzieli o konieczności czuwania, konieczności bycia stale przygotowanym na spotkanie z Bogiem. Bogacz z przypowieści z poprzedniej niedzieli przedstawia negatywny przypadek braku czuwania – zapatrzenia się jedynie w doczesność, praktycznego zapomnienia o Bogu, wieczności, możliwości potępienia[2]. Dzisiaj Chrystus wzywa swych uczniów, czyli nas, również w sposób pozytywny, do czuwania. Postawa czuwania stanowi sam rdzeń chrześcijańskiego powołania. Chrystus z czuwania – modlitewnego przestawania ze swoim Ojcem, uczynił fundament swej misji. Zwłaszcza w Ewangelii św. Łukasza odkrywamy schemat zawierający element odchodzenia Chrystusa na samotne miejsce, w tym celu, by czuwać na modlitwie do Ojca, od Ojca uczyć się spełniania Jego woli, oraz powrotu do ludzi, by przekazywać im zdobytą na czuwaniu wolę i naukę Ojca. Zachęta Chrystusa do czuwania, szczególnie dramatycznie przekazana uczniom w czasie modlitwy w Getsemani, od zarania istnienia Kościoła zyskała szczodrą odpowiedź wierzących, którzy najwcześniejszą postać roku liturgicznego uczynili praktycznie celebrowaniem głównych wydarzeń z życia Zbawiciela, celebrowaniem zawsze poprzedzanym szeroko rozbudowanymi wigiliami – modlitewnymi czuwaniami. Niektórzy ze współczesnych mają trudność ze zrozumieniem przesłania, jakie płynie od Chrystusa w Ogrodzie Oliwnym – człowiek osiąga zbawienie nie przez to, że robi to, co mu się podoba, ale przez poddanie swej woli, woli Ojca ( Łk 22, 40-42). Czuwamy z Maryją, czuwamy jak Maryja z Apostołami na modlitwie w Wieczerniku, gdy rodził się Kościół; czuwamy z Maryją dziś, by budować Kościół trzeciego tysiąclecia; czuwam nad swym sumieniem, aby wybierało tylko dobro, czuwam, aby w mej duszy było zawsze miejsce dla Ducha Świętego ( św. Jan Paweł II). Czuwać to, jak przypomina święty papież z Polski, być człowiekiem sumienia, precyzyjnie nazywając dobro i zło, nie oszukując siebie poprzez wmawianie sobie, że zło nie jest złem tylko dlatego, że właśnie ja to zło popełniam. Jedno z pierwszych przesłań papieża Benedykta XVI dotyczyło sposobu, w jaki chrześcijanin zdobywa w swoim życiu dojrzałość: jedyną drogą do stawania się dojrzałym uczniem Chrystusa jest konsekwentne czuwanie – trwanie w łasce uświęcającej. Poprzez konsekwencję wierności zdobywa się dojrzałość nie tylko chrześcijańską, ale i ludzką. Brak tej konsekwencji rodzi przerażające efekty w życiu człowieka. Jako rezultat produkcyjnego typu życia dostrzega się nie tyle dojrzałe istoty ludzkie, ile fabryczne automaty, uciekające bezustannie przed sobą, przed głębszą refleksją o świecie, Bogu i o sensie, wyznawców teorii chaosu, przyśpieszających ciągle efektywność produkcji, w tym celu, aby wypracować więcej wolnego czasu, który i tak zamiast wypoczynku, przynosi im jeszcze więcej rozpaczy i egzystencjalnego znużenia. Tzw. syndrom końca tygodnia, albo syndrom weekendu, obrazuje tę przeraźliwą pustkę duszy; człowiek – automat, pozbawiony na chwilę produkcyjnej rutyny codzienności, nie wie co z sobą zrobić. Widząc wyłaniające się ze swego serca psychiczno – duchowe demony, ucieka w zatracenie – uśmiercanie swej duszy, sumienia i świadomości, poprzez otumanianie się alkoholem, rozwiązłością, narkotykami. W kontekście profanacji, bluźnierstw i bezpardonowych ataków na Boga i ludzi wierzących, ataków, jakie obserwujemy w ostatnich miesiącach w naszej ojczyźnie, w prasie religijnej pojawiło się wiele artykułów dążących do zidentyfikowania źródeł nienawiści wobec katolików. Dlaczego nas nienawidzą? Różni autorzy udzielają różnych odpowiedzi; niekiedy odpowiedzi te są niezwykle wyrafinowane, zawiłe i skomplikowane. Słowo Boże i doświadczenie codzienności udziela nam w tym aspekcie jednakże bardzo prostej odpowiedzi: ostateczna przyczyna nienawiści Boga, księży, wiernych świeckich znajduje się zawsze w grzesznym stylu życia połączonym z niechęcią do nawrócenia. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu ( J 3, 19 – 21). Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować ( J 15, 20). Człowiek pogrążony w grzechu nie może po prostu znieść w swoim otoczeniu tych, którzy czuwają, czyli trwają w łasce uświęcającej i dlatego są obdarowywani przez Pana Boga Chrystusowym pokojem, przewyższającym każdy spokój świata. Dlaczego on ma ten pokój w sobie, a ja go nie mam? – pyta siebie grzesznik, widzący autentycznego ucznia Chrystusowego. Ty również mógłbyś doświadczać tego pokoju, gdybyś porzucił grzech, gdybyś dokonał szczerego nawrócenia; Pan Bóg zaprasza każdego człowieka do udziału w zbawieniu, również ciebie – tak mogłaby brzmieć odpowiedź udzielona zatwardziałemu grzesznikowi. Niestety, wielu nie wybiera najprostszej drogi prowadzącej do szczęścia doczesnego i wiecznego, drogi czuwania i wierności wobec Bożej woli, ale próbuje poszukiwać, nadaremnie, jakichś innych sposobów osiągnięcia pokoju serca, szczęścia i zbawienia. Czasami usiłowania tego rodzaju przybierają postać wybiórczego traktowania nauczania Kościoła; przykładowo, w odniesieniu do osób popełniających grzechy homoseksualne z predylekcją podkreśla się katechizmowy postulat obdarzania pogrążonych w tych grzechach szacunkiem, współczuciem i delikatnością, przy niemal całkowitym pomijaniu wezwania, skierowanego również do tych osób, do życia w czystości i do wypełniania woli Bożej, czyli do podejmowania trudu szczerego nawrócenia ( por. Katechizm Kościoła katolickiego, nr 2357-2359). Gdy pojawi się człowiek, który, w przeciwieństwie do dominującego zachowania polegającego na chowaniu głowy w piasek, potrafi odważnie i otwarcie przekazywać całość Bożej nauki, to natychmiast wylewa się na niego wszelkie brudy tolerancji tolerancyjnych inaczej. W ogóle, gdy człowiek zaczyna inaczej traktować chociażby jedno z Bożych przykazań, to wtedy wszystkie aspekty jego życia i zachowania stają się równocześnie inne; wtedy jest on kulturalny inaczej, kocha inaczej, bliźnich taktuje inaczej, grzeczność i życzliwość rozumie inaczej, a prawdomówny i sprawiedliwy też jest inaczej. W tym punkcie można odnaleźć zbieżność z pewnymi zjawiskami z dziedziny muzycznej kompozycji. Otóż, wśród wielu kompozytorów podejmujących trud tworzenia muzyki w ciągu wieków i obecnie, odnajdujemy również i takich, zwłaszcza w tak zwanej muzyce awangardowej, których rozwiązania techniczne zdają wykazywać zawsze tylko jeden cel – dziwność… nie zadziwienie, ale właśnie dziwność. Dla takiej osoby przełamywanie obowiązujących reguł kompozycyjnych motywowane jest jedynie pragnieniem osiągnięcia dziwnego, innego efektu. Ani efekt dźwiękowy ich nie interesuje, ani możliwość praktycznego wykorzystania utworu, ani potrzeba uzasadnienia stosowanych przez siebie rozwiązań, jedynie dziwność, odmienność, nonkonformizm. Dotąd zachowywano takie zasady, to my  je wobec tego złamiemy, po to tylko, żeby się wyróżnić… dziwnością. Na każdym etapie ziemskiej wędrówki, a zwłaszcza w okresach prześladowania, najskuteczniejszym sposobem walki z własnym grzechem i z grzechem świata pozostaje postawa czuwania – zjednoczenia z Panem poprzez trwanie w łasce uświęcającej.

3. W dziejach sandomierskiego Kościoła odnajdujemy liczne przykłady potwierdzające prawdę zawartą w adagium Clericorum sors – subitanea mors. Jak wiadomo, bp Piotr Gołębiowski zmarł w czasie Mszy Świętej, podczas rozdawania Komunii Świętej. Za nagłą można uznać również śmierć bpa Antoniego Ksawerego Sotkiewicza i bpa Stanisława Sygneta[3]. W szeregach sandomierskich alumnów i kapłanów odznaczających się ponadprzeciętnymi walorami osobowościowymi, intelektualnymi, duchowymi i  artystycznymi, znajdują się również takie jednostki, które poprzez dzieje swego życia w sposób szczególny skłaniają do uznania priorytetu Bożych planów w kształtowaniu człowieczego losu. Są to osoby które, często w bardzo młodym wieku, zapowiadały się i rozwijały w sposób imponujący; Bóg jednak wybrał ich, aby poprzez wczesne zakończenie ich doczesnego życia przypomnieć się światu jako prawdziwy Pan dziejów i czasu. Do tej grupy kapłanów sandomierskich należy zaliczyć: ks. Henryka Błasikiewicza – kompozytora melodii do tekstu[4] hymnu Kongresu Eucharystycznego diecezji sandomierskiej z 1932 roku: Chrystusowi cześć i chwała, ks. Jarosława Dziedzica – seminaryjnego kantora o wyjątkowym, krystaliczno – ascetycznym w swej czystości głosie i dojrzałej głębi swej duszy, ks. Ryszarda Stanickiego – seminaryjnego organistę, którego jasność umysłu i nieprzeciętnie rozwinięta sfera intelektualna, wzbudzały podziw niemal wszystkich, którzy się z nim spotykali[5], ks. Wiesława Gibałę[6] – przyjaciela młodzieży i animatora ruchu oazowo – pielgrzymkowego w diecezji sandomierskiej, kapłana – poetę ks. Mariana Balickiego, oraz tak wielu, wielu innych. Ich dziedzictwo ciągle trwa w sandomierskim Kościele i stanowi przynaglające wezwanie do gorliwego podejmowania tych samych zadań, które oni, w czasie swego krótkiego, ziemskiego życia tak wspaniale realizowali. Jednocześnie stanowią oni grupę świadków, która w świecie tak banalnie łatwo i tak przerażająco tragicznie deformującym prawdę o powadze życia, śmierci, doczesności i wieczności, przywraca właściwe proporcje chrześcijańskiemu napomnieniu: memento mori[7].

2. Choć mnie brudzą grzechu cienie, Ty mi Siebie daj.

Duszę moją łaski tchnieniem, przemień w cichy raj.

3. Dodaj siły w życia znoju, usuń zwątpień noc

i zachowaj nas w pokoju, sercom daj swą moc.

 

 

[1] F. Jop. Przemówienia i kazania. Opole 1960 s. 316-318.
[2]„Ewagriusz przeprowadza też refleksję nad sytuacją duchową, niezwykle dzisiaj aktualną, gdy chrześcijanina zaatakuje demon obojętności, czyniący jego duszę zupełnie nieczułą na łaskę Ducha Świętego. Dzieje się to wtedy, gdy przestaje się odczuwać bojaźń Bożą, widzieć jakąkolwiek wartość w pobożności, nie uznaje się grzechu za grzech. Sąd Ostateczny, potępienie, zbawienie stają się już tylko pustymi pojęciami. Taki człowiek wypowiada modlitwy, ale jego serce jest obojętne, żałuje za grzechy, nie czując jednak żadnego żalu i nie okazując żadnej skruchy. Słyszy Słowo Boże, ale nie wywołuje ono w jego duszy żadnego oddźwięku. Tego demona, taki stan duszy sprowadzają przewlekłe, nie zwalczane myśli próżnej chwały. Czy jest jednak jakiś sposób, by wyjść z tego bardzo niebezpiecznego stanu? Ewagriusz podpowiada, że jest to możliwe poprzez trudne doświadczenia życiowe czy choroby, które dotykają samego doświadczającego lub jego najbliższych.  Gdy dusza jest stopniowo przeszywana bólem i pogrąża się we współczuciu, zanika zatwardziałość powstała za sprawą demona. Aby wypędzić tego demona, zaleca też Ewagriusz odwiedzanie chorych, więźniów oraz czynienie wszystkiego, co tylko uwrażliwia serce i czyni je głęboko współczującym”. D. Chmielewski. Walka duchowa u Ojców pustyni. Jak skutecznie radzić sobie z pokusami. Zielonka 2019 s. 38.
[3] J. Bisztyga. 200 lat diecezji sandomierskiej. Tradycja muzyczna Kościoła sandomierskiego. Sandomierz 2017 s. 73. 131.
[4] autorstwa A. Białeckiego,
[5] K. Czajkowski. Śp. ks. Ryszard Stanicki ( 1978 – 2003). KDS 96 ( 2003) s. 476-484.
[6] J. Krasiński. Ks. Wiesław Gibała – zaginiony? ( 1959 – 2003). KDS 97 ( 2004) s. 335-345.
[7] „Zapełniając naszą agendę różnymi spotkaniami i wyjazdami, powinniśmy wpisać do niej także naszą śmierć, która w przeciwieństwie do innych rzeczy jest czymś nieuniknionym. A ponieważ nie wiemy, kiedy Bóg zechce zabrać nas z tego świata, należałoby umieścić śmierć w programie każdego dnia, pod każdą kolejną datą. Musimy być zawsze przygotowani na tę chwilę. To wymaga przełamania jakiejś bariery, gdyż człowiek współczesny boi się bardziej samego umierania niż tego, co spotka go w wieczności. Stara się więc uciec od tematu śmierci. Nie trzeba się jednak bać, bo w Eucharystii otrzymujemy zadatek nieśmiertelności. Śmierć będzie więc tylko przejściem do nowego życia”. K. Nitkiewicz. Homilia na Dzień zaduszny. KDS 103 ( 2010) s. 765-766.