1. „Modlitwa w życiu Pana Jezusa zajmuje bezsprzecznie pierwsze miejsce. Sam Pan Jezus, choć miał ciągłe widzenie Boga i nie potrzebował używać środków ludzkich, by być z Bogiem jak najściślej zjednoczonym, to jednak nie tylko miał stałe czasy, przeznaczone na modlitwę codzienną ranną i wieczorną, ale każdą chwilkę, wolną od naglących zajęć, poświęcał modlitwie, a często noce całe, zamiast odpoczywać, trwał na modlitwie. W naukach zaś swoich zawsze szczególniejszy nacisk kładzie na modlitwę. Każe się modlić i to zawżdy, a nie ustawać; w ręce modlitwy składa całą wszechmoc Bożą, bo cokolwiek zechcecie, stanie się wam, proście tylko, a otrzymacie, szukajcie a znajdziecie, kołaczcie a będzie wam otworzone. […] Kiedy Apostołowie rozpoczęli już sami pracę około budowania Królestwa Bożego na ziemi i spostrzegli, że zajęcia socjalne, aczkolwiek święte i przez Pana zalecone, zabierają im zbyt wiele czasu, zwołali naradę, na której jednogłośnie postanowili te prace poruczyć innym, mężom, w tym celu przez nich wybranym, których nazwano dyakonami. Motyw zaś tego postępowania swego, jaki podali wiernym, nie był inny, tylko ten, że sami muszą więcej oddawać się modlitwie i głoszeniu Ewangelji. Przy tych pracach socjalnych, jak opatrywanie potrzeb biednych, jak administracja dóbr wspólnych, jak zabiegi o doczesne potrzeby wiernych, możeby mieli jeszcze dość czasu na głoszenie Ewangelji, ale stanowczo musieli się zaniedbać w modlitwie. I oto wolą raczej porzucić to wszystko, co dziś ma tak wielką wartość w oczach naszych i świata, co taką sympatię zjednywa Kościołowi, a co niemniej i wówczas było cenionem i podziwianem, co nawet więcej niż cuda, zjednywało Chrystusowi serca pogan, co tak naprawdę odpowiadało i odpowiada głoszonej Dobrej Nowinie, aniżeli opuszczać modlitwę. Jak naprawdę wysokie pojęcie o modlitwie mieli Apostołowie! I mieli w tem wielką rację. Albowiem i oni bez modlitwy nie mogli wyżyć duchowo, a opuszczając modlitwę, choćby dla tak wzniosłych i potrzebnych zajęć, z czasem i oni opuściliby Pana, jak Go opuścili w Ogrójcu i w Męce, dlatego, że się z Nim nie modlili; i zdradziliby Go tak, jak Go zdradził Judasz, który zamiast się modlić, liczył najpierw pieniądze na potrzeby ubogich, a potem i na potrzeby swoje. Droga do Boga, jak i od Boga jest dla wszystkich jedna i ta sama. Tą drogą jest droga modlitwy, lub jej zaniedbania. I Jezus Chrystus nie mógł iść inną drogą. Przyczyna leży w samej rzeczy. Czemże bowiem jest modlitwa, jak nie dobrowolnem, świadomem zwróceniem się człowieka do Boga, stworzenia do Stwórcy, dziecka do Ojca? Jest to czyn tak naturalny, jak naturalną jest rozmowa dziecka ze swoimi rodzicami. Jest to czyn tak dawny, jak człowiek, bo modlitwa była pierwszym czynem człowieka na ziemi. Będzie i ostatnim, bo ostatnie uderzenie serca ostatniego człowieka na ziemi zwróci się ku Bogu, by mu podziękować za to życie świata i w tym hymnie podzięki i uwielbienia przejść do wieczności, aby tam zamienić się w jeden akt modlitwy wiecznej. Tam wszyscy odkrytem obliczem, na chwałę Pańską patrząc, w toż wyobrażenie przemieniać się będą z jasności w jasność ( 2 Kor. 3, 18). Toteż, kto tu chce żyć życiem Bożem, musi to życie rozpoczynać, utrzymywać i rozwijać przez modlitwę. A jeżeli bez modlitwy nie można się zbawić, tem bardziej bez modlitwy nie można się uświęcić. Toteż kogo Bóg chce mieć świętym, tego obdarza nie innym darem, tylko darem nadzwyczajnej modlitwy i dlatego oblicza Świętych są obliczami modlących się. Inaczej ani Kościół, ani niebo, ani nawet świat nie może sobie wystawić świętości. […] Dlatego to modlitwa, jak sama w sobie jest niesłychanie łatwą, bo do modlitwy nic innego nie potrzeba, tylko człowieka i Boga, a ci zawsze są, tak modlitwa, uważana jako czynnik życiowy, jest rzeczą najtrudniejszą, gdyż ze wszech stron dźwigają się rozmaite przeszkody i prawdziwe i urojone, które nam chcą albo zniszczyć modlitwę, albo ją przynajmniej przykrą i trudną uczynić. Czy tak nie jest? Czy nie łatwiej jest pracować wytężenie na ambonie, w konfesjonale, oddawać się całemi dniami i nocami pracy społecznej, czy naukowej, aniżeli codziennie poświęcić choćby pół godziny na modlitwę myślną, czy nawet ustną, lub choćby ze skupieniem odmówić modlitwy obowiązkowe, nie mówiąc już nic o modlitwie nadzwyczajnej, dobrowolnej. Dlatego to i kapłanowi grozi to wielkie niebezpieczeństwo więcej niż komu innemu, że łatwo dla usługiwania stołom, czy nawet dla mniej ważnych przyczyn, zaniedbać może modlitwę. A gdy ją zaniedba, cóż dziwnego, że zamknięte serce dla Boga, naoścież otworzy się dla świata; że kapłan pójdzie po linji, wymagającej mniej oporu i zaparcia siebie i że nawet nie spostrzeże się, kiedy stanie się pastwą szatana i jego służalcem. Odstępstwo od Boga, od cnoty, od ideałów życia kapłańskiego zawsze zaczyna się od zaniedbania modlitwy. Mając to wszystko przed oczyma, teraz dopiero rozumiemy Apostołów, dlaczego z taką stanowczością porzucili prace socjalne, aby tylko nie doznać uszczerbku w modlitwie, bo wiedzieli, że mimo przebogatych darów Ducha Świętego wnetby wewnętrznie zmarnieli, gdyby się modlić przestali. Jakże tedy kapłan winien cenić sobie modlitwę, aby w swem powołaniu i życiu kapłańskiem nie zmarnieć!”[1].
2. Jeden ze sposobów lektury Pisma Świętego polega na tym, że określony tekst biblijny postrzegany jest tak, jak gdyby był odczytywany przez nas pierwszy raz w życiu; przy zastosowaniu tej metody treść tekstu i tegoż przesłanie zdają się docierać wyraźniej do naszych serc i umysłów. Gdy właśnie w taki sposób próbujemy przyjąć dzisiejszą Ewangelię, postawa Marty jawi się jako bardzo nam bliska i zupełnie zrozumiała. W konfrontacji z niesprawiedliwym podziałem pracy, z poczuciem opuszczenia i osamotnienia, z wymigiwaniem się innych od przydzielonych im zadań, pojawia się w nas niemal spontanicznie okrzyk – zdziwienie Marty: Czy Ci to obojętne, że… Przez ten dramatyczny okrzyk, to bolesne pytanie, przebija się jednakże, w sposób paradoksalny, heroiczna wiara człowieka w Boga, któremu, jakby w sposób naturalny, powinno zależeć na każdym, a zwłaszcza na człowieku traktowanym w sposób niesprawiedliwy. I prawdziwie, Bogu zależy na każdym człowieku; miarą tego, jak bardzo Bogu zależy na człowieku jest Chrystusowy krzyż. Ci, którzy, przez swoje lenistwo lub z innych powodów nie potrafią przekazać bliźnim tej Bożej troski o człowieka, konstytuują taką rzeczywistość, która przyczynia się do osłabienia lub utraty wiary w prawdziwego Boga w stopniu wyjątkowo głębokim. Żeby jednak rzeczywiście być świadkiem Bożej troski o człowieka, trzeba kroczyć drogą wyrzeczenia, heroicznej albo przynajmniej poprawnej wierności wymaganiom swego stanu. Wzorcowe przykłady takiego świadectwa odnajdujemy w osobach świętych i błogosławionych. Czy św. Jan Paweł II oszczędzał się w głoszeniu Chrystusa całemu światu? Czy św. Matkę Teresę z Kalkuty prześladowała myśl o tym, kiedy i gdzie uda się wreszcie na wakacyjny, zasłużony odpoczynek? Czy św. Ojciec Pio tak dbał o swoje zdrowie, że nie pozwalał sobie na dłuższy niż półgodzinny dyżur w konfesjonale? Czy św. Jan Maria Vianney nie mógł się ograniczyć w swym przepowiadaniu Słowa Bożego do dwuminutowej, syntetycznej refleksji, doprawiając ją jeszcze odpowiednim sosem – pseudousprawiedliwieniem: żeby nie przedłużać… nie zanudzać… a po co się wysilać, jak i tak ludzie nie słuchają, a dzieci po kościele biegają, itp. Czy nie powinno nas prześladować rozróżnienie, jakiego dokonał Pan Jezus pomiędzy pasterzem i najemnikiem? Kryterium, które pozwala Chrystusowi odróżnić pasterza od najemnika zasadza się właśnie na fundamencie zaangażowania, na fundamencie tego, czy mu zależy… najemnik ucieka, bo jest tym, któremu na owcach nie zależy ( J 10, 13). Pasterz dobry, to ten, któremu zależy; właściwie tylko taki pasterz może uzdrawiać[2]. Dla Marty boleśniejszym problemem wydaje się nie to, że jej siostra nie pomaga jej w pracach domowych, lecz niepokój o to, czy Chrystusowi na niej rzeczywiście zależy, skoro pozwala na taki obrót spraw. Nie powinno nas to dziwić, gdy uświadomimy sobie, że przez postawą zależy – nie zależy człowiek objawia w zasadzie swą miłość lub jej brak. Zależy mu, bo kocha. Nie zależy mu, bo nie kocha. Aby zaś kochać, należy naprzód słuchać Jezusa i z tego uważnego, modlitewnego słuchania wydawać, rodzić czyny miłości[3]. Takie jest naczelne przesłanie sceny opisanej w dzisiejszej Ewangelii: nie tyle przeciwstawianie sobie Marty i Marii, ile wezwanie skierowane do każdego człowieka o zachowywanie w swym postępowaniu zbawczego, uzdrawiającego porządku modlitwy – słuchania oraz działania – pracy[4]. Dzisiaj już niezmiernie rzadko można spotkać osobę, która powie, że ma czas. Dzisiaj niemal każdy, począwszy od dziecka, które zaledwie zaczyna mówić, do seniora, podejmującego realizację kolejnej ciekawej propozycji skierowanej do młodzieży trzeciego wieku, deklaruje, że nie ma czasu. Pod pewnym względem jest to wyznanie prawdziwe; gdy człowiek zrywa swą zasadniczą więź z Bogiem, wtedy wpada w sposób nieunikniony w wir coraz bardziej gorączkowego poszukiwania sensu i samego siebie w miejscach, w których nie ma żadnych szans na tychże odnalezienie. One bowiem po prostu nie istnieją poza obszarem relacji człowiek – Bóg. Stworzyłeś nas Boże dla siebie i niespokojne jest serce nasze dopóki nie spocznie w Tobie. Tę słynną myśl św. Augustyna przypomniał z sandomierskiej ambony całemu światu św. Jan Paweł II, a bp Wacław Świerzawski zwykł często porównywać brzmienie tego zdania w języku łacińskim do świstu strzały, wypuszczonej przez człowieka w stronę Boga; creasti nos ad Te… Jedynym miejscem, w którym ta strzała odnajduje swój właściwy cel jest właśnie Bóg. Ewangelia dzisiejsza przestrzega nas więc, powtórzmy, przed postawą aktywizmu pozbawionego fundamentu w słuchaniu Słowa Bożego. W kontekście Ewangelii poprzedniej niedzieli, Ewangelii o miłosiernym Samarytanie, prawda ta nabiera jeszcze większej ważności; można bowiem stać się bezustannie zabieganym aktywistą, wykonującym nawet dzieła charytatywne, który jednak przez swój brak wierności Bożemu Słowu będzie szerzył, nawet przez takie dzieła, zło, będzie, celem przykładu, troszczył się o chorych, przy jednoczesnym szerzeniu mentalności charakterystycznej dla cywilizacji śmierci. Współczesna dyktatura pośpiechu staje więc w całkowitej sprzeczności z przesłaniem dzisiejszej Ewangelii i zbudowanej na tym przesłaniu chrześcijańskiej tradycji duchowości, wyraźnie widocznej chociażby w życiu zakonnym. W tradycji tej nie liczy się bowiem przede wszystkim produkcja, lecz procesowość; nie jest ważne to, ile rzeczy wyprodukowałeś w swoim życiu, tylko to, czy dokonałeś zmiany w swoim sercu i postępowaniu pod wpływem uważnego słuchania Słowa Bożego.
3. Błogosławiony ks. Kazimierz Tomasz Sykulski ( 1882 – 1941) – pasterz, któremu zależało. Każdy święty i błogosławiony jest czytelnym świadkiem ewangelicznego łączenia modlitwy i działania oraz wynikającej z tej syntezy autentycznej troski o powierzone sobie owce. Taki wzór odnajdujemy również w osobie i życiu błogosławionego księdza Kazimierza Sykulskiego[5]. Jego świadectwo bezgranicznego zjednoczenia z bliźnim wciąż jaśnieje chwalebnym blaskiem Chrystusowej miłości[6]. Błogosławiony ksiądz Kazimierz został rozstrzelany przez Niemców, 11 XII 1941 roku, w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Św. Jan Paweł II beatyfikował ks. Sykulskiego, w gronie 108 męczenników polskich z czasów II wojny światowej, w Warszawie, 13 VI 1999 roku.
[1] Kazania wygłoszone na synodzie sandomierskim dnia 3, 4, 5, lipca 1923 roku do kapłanów w obecności Ich Ekscelencyj Księdza Biskupa Ordynariusza Maryana Ryxa i Księdza Biskupa Sufragana Pawła Kubickiego przez ks. Henryka Paducha T. J. Sandomierz 1924 s. 19-22. 24.
[2] „Podobnie dramatyczny punkt zwrotny nastąpił w leczeniu młodej kobiety, którą nazwę Helen. Przyjmowałem ją dwa razy w tygodniu od dziewięciu miesięcy, ale nie dostrzegałem żadnych postępów i nie miałem zbyt pozytywnego stosunku do pacjentki. Przede wszystkim jednak właściwie nic o niej nie wiedziałem. Nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło, żebym po tak długim czasie nie miał pojęcia, jaką osobą jest pacjent i na czym polega jego problem. Byłem kompletnie zdezorientowany i spędziłem wiele nocy na bezskutecznych próbach zrozumienia przypadku Helen. Z całą pewnością wiedziałem tylko jedno: że Helen mi nie ufa. Nie ukrywała swojego przekonania, że w ogóle mi na niej nie zależy, że interesują mnie tylko jej pieniądze. Powiedziała coś w tym guście podczas kolejnego spotkania po dziewięciu miesiącach terapii. – Nie wyobraża pan sobie, panie doktorze, jakie to dla mnie frustrujące próbować się z panem porozumieć, kiedy pan jest mną zupełnie niezainteresowany i dlatego nic pan nie wie o moich uczuciach. – To jest frustrujące dla nas obojga, Helen. Nie wiem, jak to pani odbierze, ale jest pani najbardziej frustrującym przypadkiem w mojej dziesięcioletniej praktyce psychoterapeutycznej. Nie miałem dotąd nikogo, z kim przez tak długi czas posunąłbym się tak mało do przodu. Może ma pani rację, sądząc, że nie jestem dla pani odpowiednią osobą. Nie wiem. Nie chcę się poddawać, ale przyznaję bez bicia, że za diabła nie umiem pani rozgryźć i wariuję, kiedy się zastanawiam, co jest nie tak w naszej współpracy. Na twarzy Helen wykwitł promienny uśmiech. – Czyli jednak zależy panu na mnie – powiedziała. – Hm? – Gdyby panu nie zależało, to nie czułby się pan taki sfrustrowany – odparła takim tonem, jakby to wszystko było najzupełniej oczywiste. Już na następnym spotkaniu Helen zaczęła mi mówić rzeczy, które wcześniej zatajała albo zafałszowywała. Po tygodniu miałem jasny obraz problemu, mogłem postawić diagnozę i wiedziałem, w jakim kierunku powinna zmierzać terapia. Podobnie jak w przypadku Marcii moja odpowiedź była dla Helen znacząca i ważna ze względu na intensywność mojego zaangażowania i mozolność naszych zmagań ze sobą. Pozwala nam to dostrzec podstawowy składnik skutecznej psychoterapii. Nie jest nim bezwarunkowe pozytywne nastawienie ani magiczne słowa, techniki czy pozy, lecz zaangażowanie i zmagania, gotowość terapeuty do rozszerzenia własnego ja w celu wzmocnienia rozwoju pacjenta – gotowość do podjęcia ryzyka, do prawdziwego zaangażowania się emocjonalnie w relacją terapeutyczną, do zmagań z pacjentem i z samym sobą. Krótko mówiąc, podstawowym składnikiem skutecznej, głębokiej i znaczącej psychoterapii jest miłość”. S. Peck. Droga rzadziej przemierzana. Poznań 2016 s. 199-201
[3] „O gdyby wszyscy, którzy oddają się działalności, potrafili miłować! Gdyby kochali tak doskonale, jak doskonale pracują – zaprawdę, wstrząsnęliby światem. A jednak świat jeszcze się nie wzruszył, choć ilość rozmaitych dzieł wzrasta ustawicznie. Dlaczego? Dlatego, że miłość nie stała się dotąd, niestety, duszą dzieł i pracowników” ( Błogosławiona Bolesława Maria Lament). E. Czerwińska. Polscy święci i błogosławieni. Warszawa 2013 s. 102.
[4]„… niewłaściwą rzeczą jest przeciwstawianie Marty i Marii. Dwie postawy, które prezentują, słuchanie i troska o dom, posiłek, wcale nie są sobie przeciwstawne. Nie wydaje się wcale słuszne, aby te dwie niewiasty stawiać naprzeciw siebie i pytać: co wybierasz, postawę Marty czy postawę Marii? Jezus bowiem, jak się wydaje, nie negując pracy Marty, stara się wskazać, że najważniejsze jest słuchanie słowa. A zatem należy słuchać, choć rzecz jasna, życie to nie tylko słuchanie, ale również działanie. Zbytnie jednak zaangażowanie się w działalność może wyrządzić szkodę naszemu życiu duchowemu. […] Zadaniem ucznia Chrystusa jest bowiem być przy Chrystusie i słuchać Go. A dopiero potem, jako wynik słuchania, należy iść i pełnić czyny miłości. Wskazanie takie kryje się właśnie w odpowiedzi Jezusa: potrzeba tylko jednego. Człowiekowi potrzeba kochać i być kochanym. Cała reszta jest względna, owszem potrzebna, ale nie najbardziej. A zatem uczeń Chrystusa, to ktoś, kto najpierw szuka królestwa Bożego – kto szuka Mocy Ducha Świętego, aby to królestwo osiągnąć. Wszystko inne ma być środkiem do osiągnięcia tego celu. A zatem wszystko czemu poświęcała się Marta jest dobre, ale nie jest konieczne. Konieczne dla życia człowieka jest tylko jedno – przykład tego dała Maria. […] Maria zatem jest dla Marty, i dla wszystkich uczniów Chrystusa, wzorem w wybieraniu tego, co jest konieczne ( wszystkie inne rzeczy są użyteczne – to znaczy mogą się przydać, ale nie są konieczne). O ile bowiem Marta przyjmuje Mistrza, ale tylko zewnętrznie, o tyle Maria jest tą, która zaprasza Jezusa do swojego wnętrza. Oddaje się do Jego dyspozycji, jest Jego. Jest w pełni otwarta, jak uczeń, którego zadaniem jest siedzieć u stóp nauczyciela i słuchać”. P. Łabuda. Co w życiu jest najważniejsze ( Łk 10, 38-42). Co zrobić, aby się modlić. „Krąg biblijny” 3 ( 2007) s. 58. 60. 61. „Warto zauważyć, że często przeciwstawiano sobie Martę i Marię na podstawie wypowiedzi Chrystusa, że Maria najlepszą cząstkę obrała. Widziano tu także niejednokrotnie pochwałę i wyższość życia kontemplacyjnego nad aktywnym. Niestety takie tłumaczenie jest błędne, a przynajmniej nieścisłe. Grecki oryginał bowiem nakazuje nam tłumaczyć: Maria dobrą cząstkę wybrała. A zatem – chciał Chrystus powiedzieć – i Maria nie jest gorsza od ciebie, Marto. Trwa bowiem i słucha Słowa Bożego, które jest prawdziwym pokarmem człowieka. Słowa Marto, Marto troszczysz się i zabiegasz o wiele, a przecież jednego tylko potrzeba rozumieją egzegeci, jako wezwanie do skromności w posiłkach. Chrystus zdaje się mówić – powiadają – że wystarczy tylko jedna potrawa, cokolwiek, by Go przyjąć. To On raczej ma obfity pokarm, Słowo Boże, którego trzeba słuchać”. Głoście Ewangelię. T. III. Red. J. Bagrowicz. T. Lewandowski. Włocławek 1991 s. 198.
[5] „Słynął jako znakomity kaznodzieja. Swoimi kazaniami przyciągał rzesze wiernych. Ostatnią jego placówką duszpasterską była parafia św. Mikołaja w Końskich. […] Sługa Boży – proboszcz i dziekan konecki – dał się poznać jako gorliwy duszpasterz. W parafii bardzo żywotne były liczne stowarzyszenia, zwłaszcza charytatywne. W r. 1930 założył Stowarzyszenie Pań Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo. W 1931 r. zorganizował w kościele parafialnym św. Mikołaja w Końskich dekanalny Kongres Kół Żywego Różańca. Osobiście prowadził Sodalicję Mariańską i Trzeci Zakon św. Franciszka. Był przyjacielem robotników i ich rodzin. Podczas strajku odprawiał dla robotników Msze św. i udzielał sakramentów. Organizował każdego roku nabożeństwo do św. Barbary dla koneckich hutników. Za pracę charytatywną otrzymał w 1938 r. Złoty Krzyż Zasługi. Po wybuchu wojny nie opuścił miasta i swoich parafian. Niestrudzenie niósł pomoc ofiarom wojny, uciekinierom i przywiezionym transportami wojskowymi wysiedleńcom. Wyjednał pozwolenie na działalność Komitetu Pomocy Ofiarom Wojny, który potem przyjął nazwę Rady Głównej Opiekuńczej ( RGO). Utworzył Stację Opieki nad Matką i Dzieckiem. Opiekował się więźniami. Założył dwie kuchnie darmowe. W lutym 1940 r. przyjął ludność wysiedloną z okolic Kutna, Kalisza, Ciechanowa i Żywca”. I. Ziembicki. Święci rodzą świętych. Sandomierz 1999 s. 92-93.
[6] „W te dni grozy jako kapłan i jako człowiek dał z siebie wszystko: pocieszał, spowiadał, przenosił rannych i chorych, zaopatrywał sakramentami konających ( słowa świadka wydarzeń). […] Spodziewał się aresztowania, postanowił jednak nie opuszczać swoich parafian, lecz zostać z nimi do końca: Tu jest moje miejsce, a mój los jest w rękach Boga”. Czerwińska. Polscy święci i błogosławieni… s. 177.
2. Ja wiem, w Kim mam nadzieję, w słabości mojej moc:
To Ten, przed Którym światło pali się w dzień i w noc.
On moim szczęściem w życiu, On światłem w zgonu dzień.
Zwycięża mroki grzechu, rozprasza śmierci cień.
3. Ja wiem, Kogo miłuję nad wszelki świata czar,
Kto poi duszę moją, Kto zna miłości żar:
To Król nad wszystkie króle, wielki i słodki Pan,
Co karmi dusze głodne Ciałem i Krwią swych ran.