1. „W medytacji o śmierci przygotowałam się jako na rzeczywistą śmierć: zrobiłam rachunek sumienia i przetrząsnęłam wszystkie sprawy swoje w obliczu śmierci, i dzięki łasce sprawy moje nosiły na sobie cechę celu ostatecznego, co przyjęło serce moje z wielką wdzięcznością ku Bogu i postanowiłam na przyszłość jeszcze z większą wiernością służyć Bogu swemu. Jedno – aby całkowicie dokonać śmierci starego człowieka, a zacząć życie nowe. Z rana przygotowałam się do przyjęcia Komunii Świętej, jakby w życiu moim ostatniej i po Komunii Świętej wyobraziłam sobie rzeczywistą śmierć i zmówiłam modlitwy za konających, a później za swoją duszę – Z głębokości, i wpuszczono ciało moje do grobu, i rzekłam duszy swojej: Patrz, co się stało z ciała twego, kupa błota i mnogość robactwa – oto twoje dziedzictwo. O miłosierny Boże, który mi jeszcze żyć pozwalasz, daj mi moc, abym mogła żyć życiem nowym, życiem ducha, nad którym śmierć nie ma władzy”. (Dzienniczek. 1343 – 1344).
2. Pismo Święte – Słowo miłości Boga do człowieka bardzo rzadko używa tak ostrych sformułowań jak te, które odnajdujemy w dzisiejszej Ewangelii. Jeżeli więc napotykamy takie wyrażenia pochodzące z ust Boga, który z miłości dla nas umarł na krzyżu, to tym bardziej trzeba przy ich odczytywaniu pamiętać o Bogu – Miłości, który rzeczywiście troszczy się o każdego i o całego człowieka, czyli o tegoż ciało i duszę… o jego los wieczny. Pan Bóg przemawia niekiedy w tak ostrych słowach dlatego, że naprawdę nas kocha i pragnie zwrócić naszą uwagę na nieskończoną wartość wskazywanych przez siebie rzeczywistości oraz na prawdziwie przerażającą możliwość ich utraty. Stary Testament nazywa głupim ateistę: Mówi głupi w swoim sercu: nie ma Boga ( Ps 14, 1). Nauczanie Chrystusa w Nowym Testamencie podejmuje i pogłębia ten motyw; głupimi są panny nieprzygotowane na spotkanie Oblubieńca, rezygnujące z czuwania, i głupim jest praktyczny ateista z dzisiejszej przypowieści, taki, który nie żyje całością rzeczywistości, czyli doczesności nie postrzega jako szansy na zdobycie szczęśliwej wieczności, ale wielbi bałwana doczesności, czyli żyje tak, jakby śmierci, wieczności, Boga i odpowiedzialności przed Bogiem nie było. Nie troszczy się o duszę, a jedynie o ciało i to w taki sposób, że ciało zabija w nim sprawy duszy[1]. Wielki teolog sandomierski, sługa Boży ks. Wincenty Granat określił niewiarę jako pseudofideistyczne przekonanie, że Bóg umarł, czyli, w gruncie rzeczy, rozumiał on postawę ateistyczną, bardzo precyzyjnie, jako wiarę w nieistnienie Boga, wiarę w to, że Boga nie ma[2]. Wiarę w nieistnienie Boga można próbować uzasadniać teoretycznie; jednakże bardziej rozpowszechniony jest tzw. ateizm lub materializm praktyczny. Niestety, nie skończył on swego niechlubnego przebywania w umysłach i postępowaniu ludzi wraz z upadkiem komunizmu. Całkiem przeciwnie, w obecnych czasach wydaje się on nabierać coraz szerszego i potężniejszego pędu. Słuchając dzisiaj Chrystusowej przypowieści o bogatym człowieku, niektórzy, być może nawet wielu, koncentrowaliby się pewnie bardziej na sposobie, w jaki bogacz uzyskał dobra ziemskie, niż na chybieniu zdobycia przez niego wiecznej szczęśliwości. W rzeczy samej, księgarnie, biblioteki i rzeczywistość wirtualna pełne są poradników ukierunkowanych na osiągnięcie tzw. sukcesu, rozumianego zazwyczaj jako dobrobyt materialny. Ci, którzy uchodzą za najbogatszych ludzi świata udzielają wywiadów i porad takim, którzy też chcą zostać najbogatszymi na świecie. Często, owi bogaci ludzie zachęcają swych słuchaczy do podjęcia ekstremalnie ciężkiego wysiłku, który, według ich wiedzy i doświadczenia, jest niezbędny dla osiągnięcia materialnej obfitości. Przykładowo, jeden z tego rodzaju autorytetów – guru zysku i dobrobytu – radzi swym adeptom, aby spali szybciej, tzn. ograniczali swój nocny odpoczynek zaledwie do kilku godzin na dobę. Słuchacze tego rodzaju rad zazwyczaj podejmują sugerowany im wysiłek bez nawet najmniejszego narzekania czy oporu. W odniesieniu zaś do wysiłku koniecznego dla osiągnięcia życia wiecznego, wiecznej szczęśliwości, nie odnajdujemy zbyt często tak licznych i radykalnych przykładów poświęcenia, ofiary i pracy; za wielki gest uczyniony dla Pana Boga niektórzy uważają niedzielne uczestnictwo we Mszy Świętej czy zachowywanie piątkowego postu. Raczej oczekujemy na wieczną szczęśliwość jako na całkowicie darmowy, zdobyty bez naszego szczerego wysiłku, niezależny od naszych czynów i miłości, dar Boga. Wszystkich tych, którzy próbują nam przypominać o potrzebie uczciwości, sumiennej pracy i wysiłku często, poniekąd automatycznie, kontestujemy. W tego rodzaju przypadkach postawa kontestacji staje się w rzeczywistości wygodną ucieczką przed sumienną pracą i wiernym spełnianiem woli Bożej, wyrażonej również w obowiązkach określonego stanu. Jednostce, która z założenia, z premedytacją, kontestuje spełnianie woli Bożej, jest po prostu wygodnie w postawie krytykanctwa, postawie, którą chętnie przyjęła i podtrzymuje. Postawa taka dostarcza po prostu fałszywego usprawiedliwienia dla takiej osoby lenistwa; gdyby ona z niej zrezygnowała, to musiałaby się zabrać do solidnej pracy. Człowiek, który trwa w postawie wygodnej kontestacji, nie przestaje sobie wmawiać, że on nie może niczego tutaj dokonać, bo otoczenie, bo struktury, bo stanowisko, bo inni… więc nie robi nic, poza absolutnym minimum, spełnianym w jedynie zewnętrzny, prymitywny i odrażający sposób, przy okazji niszcząc lub deprecjonując pracę innych, a jednocześnie, bez najmniejszych skrupułów, z jej owoców korzystając. Mamy tu do czynienia z patologiczną kontestacją, wynikającą z uporczywego trwania w grzechu oraz z bezgranicznego przywiązania do życia w fałszu i lenistwie. Jednostka taka nie tylko niszczy samą siebie, ale dodatkowo, co być może nawet gorsze, patologizuje środowisko swego przebywania. Podczas omawiania problemu niesprawiedliwości społecznej najczęściej podkreśla się przekroczenia, prawdziwe lub urojone, zachodzące po stronie pracodawcy. Aby jednak uzyskać pełnię obrazu, należałoby również pamiętać i o drugiej stronie medalu, czyli o problemie niesprawiedliwości i niesumienności takiego pracownika, który jawnie pozostając duchem i swoimi czynami poza wymaganiami określonej rzeczywistości, nie zadaje sobie nawet najmniejszego trudu, by ukrywać swe aberracyjne nastawienie. Co więcej, chełpi się nim, otwarcie deklarując jedyny motyw swego trwania w określonej rzeczywistości, to znaczy pieniądze; bo i tak mu nikt nic nie zrobi, bo on ma specjalne, osobiste lub kupione koleżeńskie, drogi dojścia do decydentów, którzy zapewniają mu bezkarność i komfort nie przejmowania się niczym i zupełnego nie wysilania się. Jeżeli brakuje czasu[3] w życiu człowieka na Pana Boga i na sumienne wprowadzanie w swoje postępowanie woli Bożej, to rzeczywiście mamy wtedy do czynienia nie tyle z dużym problemem, co z największym z ludzkich problemów. Stan taki ukazuje bowiem krańcowe zagubienie istoty, która zapomniała lub nie chce pamiętać o swojej prawdziwej naturze i o swoim ostatecznym powołaniu. Słowo Boże zachęca nas bezustannie do tego, byśmy powracali na drogę prawdy i swoje trwanie na niej pogłębiali. Od nas zależy czy i na ile skorzystamy z tego Bożego zaproszenia.
3. Miesiąc sierpień jest w naszej Ojczyźnie czasem wielu rocznic o charakterze patriotycznym, pieszych pielgrzymek na Jasną Górę[4] oraz szczególnych modlitw o trzeźwość. W dziejach diecezji sandomierskiej odnajdujemy liczne inicjatywy dążące do ugruntowania trzeźwości wśród wiernych. Biskupi sandomierscy często wyrażali swą troskę o trzeźwość narodu i niepokój spowodowany przejawami alkoholizmu[5]. Źle wyglądała sytuacja związana z zakłócaniem przebiegu nabożeństw przez czynniki pozakościelne tj. jarmarki, targi i oberże sprzedające alkohol. Ponieważ przynosiły one zysk lokalnym włodarzom i właścicielom wyszynków, nie chciano ich zamykać na czas trwania nabożeństw. Stąd, przez swój hałas, muzykę, gwar, rozgardiasz i zachowania właściwe osobom nietrzeźwym powodowały one rzeczywiste zakłócenie odbywających się, w tym samym czasie i w niedalekiej odległości, nabożeństw. Na tym tle dochodziło więc czasem do ostrych konfliktów pomiędzy duszpasterzami a lokalnymi władzami[6]. Należałoby kontynuować, również współcześnie, mądrą walkę z nałogiem pijaństwa, bez względu na to, jaką cenę przyszłoby za nią płacić w relacjach międzyosobowych.
1. Idąc na cały świat, głoście Ewangelię,
nauczajcie wszystkie narody.
Kto uwierzy i chrzest przyjmie,
otrzyma zbawienie.
2. Kto Mnie wyzna przed ludźmi,
i Ja go wyznam przed Ojcem.
Oto Ja jestem z wami,
aż do skończenia świata.
[1] „Współczesnym, zwłaszcza młodym ludziom, raczej do głowy by nie przyszło, żeby modlić się do Boga o chleb powszedni. Gdyby nie znali modlitwy Ojcze nasz, to prosiliby Boga raczej o najnowszej generacji komputery, smartfony, samochody czy o częste wyjazdy na wakacje do egzotycznych krajów. Przestaliśmy doceniać dobrobyt materialny, który stał się możliwy dzięki ofiarnej pracy naszych rodziców i dziadków. Spowszedniał nam nie tylko chleb. Spowszedniały nam także markowe ubrania i wykwintne potrawy. Dzieciom spowszedniały najbardziej nawet ciekawe gry, zabawki czy filmy. Niemal każdego dnia chcą otrzymać od rodziców coś nowego. To, co otrzymali właśnie teraz, za chwilę przestaje być dla nich atrakcyjne. W ciągu kilku godzin, a czasem w ciągu kilku minut, przestaje ich to cieszyć i rozglądają się nerwowo za czymś innym. – Mamy problemy z wdzięcznością? Tak. Skupiamy się coraz bardziej na tym, co chcielibyśmy mieć, a coraz mniej na satysfakcji i wdzięczności, że już wiele mamy. Porównujemy się z ludźmi bogatszymi od nas. Paradoksalnie, im więcej rzeczy posiadamy, tym bardziej martwimy się o przyszłość, gdyż tym więcej mamy do stracenia. Gdyby moi rodzice mieli takie wymagania materialne, jak obecnie ma ogromna większość małżonków i rodziców, to nigdy nie zdecydowaliby się na to, żeby przekazać mi życie. Statystyki potwierdzają, że w Polsce najmniej dzieci mają najbardziej zamożni obywatele naszego kraju. Tracimy poczucie wdzięczności w odniesieniu do Boga i ludzi. Coraz częściej zachowujemy się tak, jak syn marnotrawny z przypowieści Jezusa. Nie interesowała go miłość ojca. Nie interesowały go praca, małżeństwo ani rodzina. Interesowały go jedynie łatwo zdobyte pieniądze oraz wygodne życie tu i teraz. Znakiem naszych czasów może być rozmowa dwóch chłopców dzień po ich Pierwszej Komunii Świętej. Pierwszy z tych chłopców był bardzo smutny. Pożalił się koledze, że otrzymał zbyt mało prezentów, gdyż dostał tylko kilka komputerów, smartfonów i rowerów. Drugi chłopczyk był bardzo radosny. Wyjaśnił, że jest zachwycony, gdyż dostał w prezencie ołowianego żołnierzyka, o jakim marzył. Ta historia to tylko anegdota. Odzwierciedla ona jednak współczesne realia i wiele mówi o tym, co się dzieje w sercach dzieci, młodzieży oraz dorosłych. – Francuski pisarz Sebastian Roch stwierdził, że jedni ludzie mają więcej posiłków niż apetytu, a drudzy więcej apetytu niż posiłków. Dlaczego tak jest? – Fakt ten jest wynikiem ogromnej niesprawiedliwości społecznej. W każdym społeczeństwie spotykamy niestety takich ludzi, którzy są nienasyceni w gromadzeniu dóbr materialnych. Im więcej mają, tym jeszcze więcej chcą zdobyć. Dla osiągnięcia kolejnych dóbr materialnych są w stanie poświęcić dosłownie wszystko: swoją godność, sumienie, więź z Bogiem, małżeństwo i rodzinę, a nawet zdrowie i życie. Potrafią bezlitośnie wykorzystywać innych ludzi, łamać prawo, zaniżać pensje swoim pracownikom, oszukiwać, nie płacić podatków. Ta ich niemoralna i chorobliwa wręcz zachłanność oraz nieuczciwe bogacenie się kosztem bliźnich nie jest czymś przypadkowym. Im bardziej ktoś wierzy w to, że same dobra materialne wystarczą mu do szczęścia, tym bardziej odczuwa pustkę i tym bardziej wmawia sobie, że do szczęścia potrzebuje jeszcze więcej pieniędzy i jeszcze więcej przedmiotów. Bóg stanowczo przestrzega nas przed takim naiwnym myśleniem. Jezus nazywa wręcz głupcem człowieka, który wmówił sobie, że jeśli zbuduje ogromne spichlerze i zgromadzi wielkie zapasy zboża, to może czuć się bezpieczny, a życie będzie dla niego wyłącznie radością i zabawą. Nie pomyślał o tym, że dobra materialne to za mało i że jeszcze tej nocy może zakończyć swoje życie doczesne”. M. Dziewiecki. Ojcze nasz. O Bogu, który jest blisko. Kraków 2018 s. 107-109.
[2] W. Granat. Teodycea. Istnienie Boga i Jego natura. Poznań 1960 s. 21. „Jeśli więc wiara jest subiektywnym założeniem, to niewiara w Boga jest tylko tym samym. Niewierzący nie wiedzą, że Boga nie ma, podobnie, jak wierzący, że On jest. Pytanie tylko, które założenie daje lepsze rezultaty”. W. Roszkowski. Roztrzaskane lustro. Upadek cywilizacji zachodniej. Kraków 2019 s. 124.
[3] „Wyleczenie się z mojego subtelnego zaburzenia osobowości w wieku lat trzydziestu zawdzięczam Macowi Bagdely’emu. Mac był wtedy szefem poradni psychiatrycznej, w której odbywałem staż rezydencki. W przychodni tej nowych pacjentów przydzielano poszczególnym lekarzom systemem rotacyjnym. Być może dlatego, że byłem bardziej oddany pacjentom i własnemu kształceniu od większości innych rezydentów, pracowałem znacznie dłużej od nich. Oni na ogół przyjmowali pacjentów tylko raz w tygodniu, a ja dwa albo trzy. W rezultacie moi koledzy każdego popołudnia wychodzili do domu o wpół do piątej, a ja miałem pacjentów rozpisanych do ósmej albo dziewiątej, co budziło we mnie poczucie niesprawiedliwości. Kiedy moja frustracja i zmęczenie dostatecznie się nasiliły, uświadomiłem sobie, że coś trzeba z tym zrobić. Poszedłem więc do doktora Bagdely’ego i przedstawiłem mu sytuację. Zapytałem go, czy mógłby mnie na kilka tygodni wyłączyć z przyjmowania nowych pacjentów, żebym mógł nadrobić zaległości. Jest taka możliwość? A może widzi jakieś inne rozwiązanie problemu? Mac słuchał bardzo uważnie, ani razu mi nie przerywając. Kiedy skończyłem, po chwili milczenia powiedział do mnie bardzo przyjaznym tonem: – Widzę, że rzeczywiście masz problem. Rozpromieniłem się, uznawszy, że zostałem zrozumiany. – Dziękuję ci – powiedziałem – Jak myślisz, co należy z tym zrobić? Mac odpowiedział na to: – Powiedziałem ci, Scott, że rzeczywiście masz problem. Nie takiej odpowiedzi oczekiwałem. – Tak – potwierdziłem lekko poirytowany – wiem, że mam problem. Dlatego do ciebie przyszedłem. Co według ciebie należy z tym zrobić? – Najwyraźniej nie słuchasz mnie uważnie – odparł Mac. – Wysłuchałem cię i zgadzam się z tobą: rzeczywiście masz problem. Zdenerwowałem się – Wiem, że mam problem. Wiedziałam o tym, kiedy tu przyszedłem. Pytanie brzmi, co mam z tym problemem zrobić. – Posłuchaj mnie, Scott – odparł Mac. – Posłuchaj mnie uważnie. Powtarzam: zgadzam się z tobą, rzeczywiście masz problem. Konkretnie masz problem z czasem. Z t w o i m czasem, a nie moim. To nie jest mój problem. To jest twój problem z czasem. Ty, Scott Peck, masz problem ze swoim czasem. Nic więcej na ten temat nie powiem. Odwróciłam się na pięcie i wściekły wyszedłem z gabinetu Maca. Wściekłość mnie nie opuszczała. Na trzy miesiące znienawidziłem Maca Badgely’ego. Uważałem, że ma poważne zaburzenia osobowości, bo z jakiego innego powodu mógłby być taki bezczelny? Przychodzę do niego i pokornie proszę o pomoc, o jakąś dobrą radę, a ten drań nie chce nawet wziąć na siebie tej niewielkiej odpowiedzialności, żeby spróbować pomóc, a nawet wykonać swój obowiązek jako dyrektora przychodni. Po trzech miesiącach zrozumiałem jednak, że Mac miał rację i to ja cierpię na zaburzenia osobowości, a nie on. Odpowiedzialność za mój czas spoczywa wyłącznie na mnie. Tylko ja mogę zdecydować, w jaki sposób chcę wykorzystywać i gospodarować swoim czasem. Skoro postanowiłem poświęcać swojej pracy więcej czasu niż inni rezydenci, jest to mój wybór i ponoszę odpowiedzialność za jego konsekwencje. Może być na mnie bolesne patrzeć, jak koledzy opuszczają swoje gabinety dwie albo trzy godziny wcześniej ode mnie, i może być dla mnie bolesne słuchać skarg mojej żony, że poświęcam za mało czasu rodzinie, ale cierpienia to są konsekwencjami dokonanego przeze mnie wyboru. Jeżeli nie chcę ich doświadczać, to mam prawo nie pracować tak ciężko i inaczej zagospodarować swój czas. Moje przepracowanie nie jest brzemieniem, który zrzucił na mnie bezduszny los czy bezduszny dyrektor przychodni, tylko takie wybrałam sobie życie i priorytety. Ostatecznie postanowiłem nie zmieniać mojego stylu życia, ale sama zmiana spojrzenia wystarczyła, żebym wyzbył się żalu do innych rezydentów. Bo jak mogłem mieć do nich żal o to, że wybrali inny styl życia, skoro ja mogłem dokonać takiego samego wyboru jak oni? Pretensje do nich byłyby pretensjami do mnie samego o to, że postanowiłem być od nich inny, a przecież swój wybór uważałem za słuszny. Trudność z zaakceptowaniem odpowiedzialności za nasze zachowanie bierze się z pragnienia uniknięcia cierpień związanych z konsekwencjami tego zachowania. Domagając się od Maca wzięcia na siebie odpowiedzialności za mój rozkład dnia, próbowałem uniknąć bólu związanego z długimi godzinami pracy, mimo że długie godziny pracy były nieuniknioną konsekwencją mojego wyboru, żeby poświęcić się moim pacjentom i kształceniu. Jednak swoim postępowaniem nieświadomie zwiększałem władzę Maca nade mną, oddawałem mu część swojej wolności. W gruncie rzeczy mówiłem do niego: Zajmij się mną. Bądź szefem mojego życia! Zawsze kiedy dążymy do uniknięcia odpowiedzialności za nasze zachowanie, próbujemy przekazać tę odpowiedzialność jakiejś innej osobie, organizacji czy innemu podmiotowi. To oznacza, że oddajemy temu podmiotowi – czy to będzie los, społeczeństwo, państwo, firma czy szef – część władzy nad naszym życiem. I właśnie dlatego Erich Fromm tak celnie zatytułował swoje studium nazizmu i autorytaryzmu: Ucieczka od wolności. Próbując uniknąć bólu odpowiedzialności, miliony, a nawet miliardy ludzi codziennie usiłują uciec od wolności”. M. Scott Peck. Droga rzadziej przemierzana. Nowa psychologia miłości, wartości tradycyjnych i rozwoju duchowego. Poznań 2016 s. 47-50.
[4] Dzieje Pieszej Pielgrzymki Ziemi Sandomierskiej na Jasną Górę; por. Jerzy Bisztyga. Zarys historii i przesłanie duszpastersko – ascetyczne Pieszej Pielgrzymki Ziemi Sandomierskiej na Jasną Górę. Kronika Diecezji Sandomierskiej ( 2014) Nr 5-6 s. 333-348.
[5] „Pijaństwo to najgorszy wróg narodu naszego. Najbardziej bezwzględna i mordercza wojna nie sprawi tyle nieszczęść, nie zrobi tyle szkody, ile my sami sobie jej wyrządzić możemy, oddając się nałogowi pijaństwa. W imię miłości Boga i Ojczyzny wzywam wszystkich wiernych do walki z tą zmorą pijaństwa. Ufam, że głos mój, ten okrzyk zbolałego serca, podziała jak owa krótka, czasu boju, komenda żołnierska, ufam, że czujność kapłanów i karność wiernych dobrej woli chwycą się za ręce, by wspólnym wysiłkiem odeprzeć okrutnego wroga, wroga, co z upadlającą bronią przeciw nam wystąpił”. ( Bp Marian Józef Ryx).
[6] J. Bisztyga. 200 lat diecezji sandomierskiej. Tradycja muzyczna Kościoła sandomierskiego. Sandomierz 2017 s. 255.