XX Niedziela zwykła C

  1. „W pewnej chwili ujrzałam całe tłumy ludzi w naszej kaplicy i przed kaplicą, i na ulicy, bo się pomieścić nie mogli. Kaplica była uroczyście przybrana. Przy ołtarzu było mnóstwo duchownych, później nasze siostry i wiele innych zgromadzeń. Wszyscy oczekiwali osoby, która miała zająć miejsce w ołtarzu. Naraz usłyszałam głos, że ja mam zająć miejsce w ołtarzu. Ale jak tylko wyszłam z mieszkania, czyli z korytarza, ażeby przejść przez dziedziniec i pójść do kaplicy za głosem, który mnie wzywał – a tu wszyscy ludzie zaczynają we mnie rzucać, czym kto może: błotem, kamieniami, piaskiem, miotłami, tak, że w pierwszej chwili zachwiałam się, czy iść dalej, a jednak ten głos wzywał mnie jeszcze silniej i pomimo wszystko zaczęłam iść odważniej. Kiedy weszłam w próg kaplicy, zaczęli uderzać we mnie i przełożeni i siostry i wychowanki, a nawet rodzice, czym kto mógł, tak że, czy chciałam czy nie, prędziutko musiałam wstępować w miejsce przeznaczone w ołtarzu. Jak tylko zajęłam miejsce przeznaczone, zaraz ten sam lud i wychowanki, i siostry, i przełożeni, i rodzice, wszyscy zaczęli wyciągać swe ręce i prosić o łaski, a ja nie miałam im tego za złe, że we mnie tak rzucali tymi rozmaitościami, i właśnie dziwnie czułam szczególniejszą miłość do tych osób, które mnie przymusiły do szybszego wstąpienia w miejsce przeznaczone. W tej chwili duszę moją zalało szczęście niepojęte i usłyszałam takie słowa: Czyń, co chcesz, rozdawaj łaski, jak chcesz, komu chcesz i kiedy chcesz”. ( Dzienniczek. 31).

 

  1. Słowo Boże dzisiejszej niedzieli mówi o prześladowaniu człowieka wiernego Bogu, o opiece, jaką Bóg roztacza nad takim człowiekiem oraz o podziałach zachodzących pomiędzy osobami zachowującymi wierność Bogu, a tymi, którzy, przez swój grzech, sprzeniewierzyli się tej wierności. Chrystus mówiący o podziałach między krewnymi, czyli pomiędzy najbliższymi osobami na ziemi, wypełnia proroctwo Micheasza[1] głoszące, iż przed nadejściem pełnego pokoju mesjańskiego nastąpi czas prób, cierpień i podziałów oraz że oczekiwany Mesjasz nie przyjdzie po to, by budować spokój ziemski, ale by włączyć tych, którzy za Nim pójdą w wieczny pokój Boga. Innymi słowy, Chrystus mówi: wraz z Moją obecnością rozpali się ogień sądu, który zapoczątkuje czas prześladowań i podziałów, jaki musi nastąpić przed objawieniem się mesjanicznego Królestwa pokoju; zanim dokona się w pełni zmartwychwstanie do wiecznego pokoju, musi nastąpić czas krzyża braku jedności, czas podziału i chrztu przez mękę. Mówiąc jeszcze inaczej, jedynym spokojem dostępnym dla człowieka w doczesności jest pokój, którego źródłem jest Bóg i przestrzeganie Jego przykazań. Stąd rozsadnikiem wszelkiego napięcia psychicznego i duchowego jest zazwyczaj grzesznik, czyli ten, który nosi w sobie niepokój spowodowany trwaniem w grzechu i zaraża tym niepokojem swoje otoczenie. Najgłębszym oraz najbardziej bolesnym podziałem doczesności jest ten, który występuje pomiędzy rodziną Boga – łaski, a rodziną szatana – grzechu. Chrystus stwarza duchowy rodzaj pokrewieństwa łączący we wspólnotę tych, którzy słuchają Jego Słowa i zachowują je ( Łk 8, 21). Przeciwieństwem rodziny Chrystusowej są ci, którzy lekceważą wolę Bożą, albo zachowują ją tylko w sposób zewnętrzny… tylko udają, że zachowują Boże przykazania. Święty Jan Paweł II, w swym Apostolskim Liście Tertio millennio adveniente, zachęcał wiernych do tego, by deformację polegającą na jedynie zewnętrznym praktykowaniu wiary, praktykowaniu stanowiącym w gruncie rzeczy przejaw śmiertelnej obojętności religijnej, uczynić jednym z punktów dojrzałego rachunku sumienia; Jak można zachowywać milczenie wobec religijnej obojętności, która sprawia, że wielu ludzi współcześnie żyje tak, jakby Bóg nie istniał, albo zadowala się mglistą, ogólną, niejednoznaczną religijnością uchylającą się od uchwycenia kwestii prawdy i od wymagań sumienia, tj. od obowiązku zachowywania spójności między życiem i wiarą ( TMA 36). Brak spójności między wiarą i życiem, brak etycznych konsekwencji wyznawanej wiary stanowi prawdopodobnie jeden z najtragiczniejszych rozłamów naszej praktyki. Trwanie w grzechu w sposób nieuchronny prowadzi do utraty poczucia obecności Boga, Jego świętości oraz utraty poczucia misterium stworzenia; a to właśnie te cechy stanowią predyspozycję daną człowiekowi, służącą do zawiązywania prawdziwej i głębokiej więzi z Bogiem. Konsekwencję zagubienia tych zdolności stanowi, tworzona na użytek własnego postępowania, fałszywa, subiektywna moralność oraz zagubienie poczucia grzechu i potrzeby nawracania. Jak może podejmować nawrócenie ktoś, kto nie widzi u siebie żadnego grzechu, ktoś kto radykalnie stracił poczucie grzechu, ktoś, kto ustawicznie sobie wmawia, że obiektywny grzech w jakim tkwi, właściwie nie jest grzechem? Zarzucenie procesu nawracania może przybierać formę jawną, otwartą, polegającą na rezygnacji z trwania w jedności z Chrystusem poprzez zaniedbywanie życia sakramentalnego, albo zawoalowaną, zachowującą jedynie zewnętrzne pozory nawrócenia. Wtedy mamy do czynienie z żalem za grzechy podejmowanym bez rzeczywistego żalu za grzechy, z postanowieniem poprawy podejmowanym bez rzeczywistego postanowienia poprawy. Działania zbawcze dokonują się wtedy jedynie w wymiarze werbalnym, bez autentycznego nawrócenia serca i postępowania. Św. Jan Maria Vianney zwykł czasami płakać podczas słuchania spowiedzi; na pytanie zadawane przez penitenta: dlaczego ksiądz płacze? – odpowiadał: ja płaczę, ponieważ ty nie płaczesz… widział po prostu ów święty kapłan, że u penitenta nie było żadnych przejawów autentycznego żalu za grzechu, żadnej świadomości okropności obrazy Boga dokonywanej przez grzech, żadnej woli prawdziwej poprawy. To, co w takim przypadku pozostaje, sprowadza się jedynie do powtarzania wyuczonych, zwyczajowych słów, nie zakorzenionych prawdziwie w sercu i w woli mówiącego. Według Pisma Świętego grzech jest przede wszystkim rozerwaniem więzi z Bogiem, podziałem rodzącym się w konsekwencji złamania Bożego Prawa. Jest on jednakże również podziałem między ludźmi, między braćmi i siostrami. By więc dokonywać nawrócenia, czymś nieodzownym jest przywracanie poczucia grzechu, uznawanie swego grzechu, rozpoznawanie siebie samego jako grzesznika; każdą Mszę Świętą rozpoczynany od takiego wewnętrznego doświadczenia: agnoscamus peccata nostra – uznajmy przed Bogiem, że jesteśmy grzeszni…[2] Zasięg trwania w grzechu, jak i zakres trwania w łasce uświęcającej, wykazuje nie tylko wymiar osobisty, indywidualny, ale również społeczny. Osoba, która decyduje się na trwanie w grzechu, sprowadza w doczesność kawałek piekła; osoba trwająca w łasce uświęcającej, przekazuje doczesności cząstkę nieba. Osoba dokonująca procesu szczerego nawrócenia podnosi wraz z sobą cząstkę świata, do której należy, uzdrawia tę cząstkę, zasypuje destrukcyjne dla niej podziały i rozdarcia. Prawdziwe spotkanie z Osobą Jezusa Chrystusa żyjącą w sakramentach zawsze prowadzi do pojednania z Bogiem i bliźnim. Możemy powiedzieć nawet więcej: o prawdziwości tego spotkania świadczy gotowość do niwelowania podziałów, dokonywanych przez grzech. Szczytem tego pojednania jest Komunia – wspólnota z Panem warunkująca autentyczną wspólnotę z bliźnimi. Komunia z Panem powinna nas prowadzić do podejmowania prób zasypywania podziałów międzyludzkich. W jaki sposób należy podejmować ten proces? Poprzez konsekwentne trwanie w łasce i czynienie prawdy w miłości. Dojrzały człowiek wie o tym, że ten jest prawdziwie jego przyjacielem, kto mówi mu prawdę, ten, kto wyraźnie ukazuje różnicę między dobrem i złem, nie zaś ten, który ją zaciera… nawet gdyby był moim bratem, matką, siostrą. Kto chce skrzywdzić drugiego człowieka, ten pozostaje obojętny na jego trwanie w grzechu, a nawet to trwanie pogłębia. Kto prawdziwie kocha drugiego, ten nie milczy, gdy widzi grzech bliźniego, ale wyraźnie nawołuje do nawrócenia. Postawa taka wiąże się często z wejściem w sytuację znaku, któremu sprzeciwiać się będą. Głoszenie prawdy i życie w prawdzie często rodzi kontestację i ataki innych, tych, którzy prawdę odrzucili za siebie. W naszych czasach prawda bardzo często staje się elementem niepożądanym, niewygodnym, przeszkadzającym w dogadywaniu się… dialog, ekumenizm, dyplomację niektórzy traktują jako metodę omijania prawdy, milczenia o niej, nie dotykania jej, w imię radosnej współpracy, dobrego samopoczucia, zasypywania niepożądanych różnic, szukania tego, co nas łączy, widocznych efektów w procesie pojednawczo – integracyjnym, itp. Chrześcijanin jednakże jest tym człowiekiem, który poznał prawdę; została mu ona objawiona w Jezusie Chrystusie. Jest to prawda o naturze człowieka, prawda o tym, że ostatecznym powołaniem człowieka jest zjednoczenie z Bogiem na wieczność oraz prawda o tym, że człowiek znajduje wzór ludzkiego postępowania w Jezusie: Chrystus objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi. Każdy, kto pragnie postępować po ludzku, powinien wzorować swe postępowanie na postępowaniu Chrystusa; im bardziej ludzkim pragnie pozostawać w swym zachowaniu, tym bardziej powinien stawać się podobnym do Chrystusa. Dzięki Chrystusowi człowiek może poznać prawdę o Bogu, sobie samym i świecie; również dzięki Chrystusowi, żyjącemu w nim przez łaskę uświęcającą, człowiek otrzymuje moc postępowania drogą tej prawdy. Chrystus, który w wierze nam przewodzi, powinien dla nas stanowić centrum wzroku naszej duszy. Kwestia widzenia, wielokrotnie odnajdywana również w narracji ewangelicznej, konstytuuje istotny element duchowości chrześcijańskiej. Pragnę, aby wzrok twej duszy zawsze był utkwiony w moją świętą wolę, a przez to najwięcej mi się przypodobasz. Żadne ofiary nie mogą z tą iść w porównanie, powiedział Pan Jezus do św. Siostry Faustyny dnia 20 X 1937 roku. Od każdego chrześcijanina oczekuje się przejścia od oczu ciała do wzroku duszy, od postrzegania przechodzącego w liturgii Jezusa w sposób jedynie sensualny, do głębokiego poznania duchowego. Świadome patrzenie stanowi bowiem fundament nawiązywania wspólnoty, sprawia, że patrzący staje się uczestniczącym. Widzieć, oznacza brać udział w życiu. Dopiero gdy uświadamiamy sobie powyższe prawdy, w pełni zrozumiałym staje się wezwanie pozostawione wspólnocie Kościoła przez św. Jana Pawła II, aby kontemplacyjnie wpatrywać się w Oblicze Chrystusa. Tak jak pierwsi chrześcijanie musieli skierować swój wzrok od ziemskiej Jerozolimy, ku Jerozolimie niebieskiej, tak my również patrzmy na zstępujące z nieba nowe Jeruzalem – Eucharystię, wierząc, że nasze modlitwy, oparte na życiu w łasce uświęcającej oraz złączone ze wstawiennictwem świętych, męczenników i aniołów, są tą rzeczywistością, która stanowi rozstrzygającą siłę wszelkich walk i zmagań.

 

  1. Męczennicy, święci i błogosławieni są świadkami pokoju, jakiego dostępuje człowiek trwający w prawdzie, w łasce uświęcającej, w zjednoczeniu z Bogiem. Warto często uświadamiać sobie prawdę o tym, że w czasie każdej Mszy Świętej zanurzamy się w samego Przenajświętszego Boga oraz znajdujemy się w obecności wszystkich świętych. Prawda ta nie jest przejawem tkliwego sentymentalizmu, przenośnią czy poezją, ale samą rzeczywistością. Pomocą w przypominaniu nam tej prawdy są często artystyczne przedstawienia świętych – obrazy, rzeźby itp. Poruszający przykład tego zjawiska stanowi malarski, martyrologiczny kalendarz liturgiczny okalający wnętrze bazyliki katedralnej w Sandomierzu; w sposób wizualny pomaga on w przyzywaniu świętych męczenników – naszych orędowników w duchowej walce toczonej w celu zachowania wierności Chrystusowi.

 


Włócznią na krzyżu zranione, o Zbawicielu drogi!
Chwała…

4. Ono przepaścią miłości, o Jezu nasz o Jezu!
W Nim się topią nasze złości, o Zbawicielu drogi!
Chwała…

5. Tam ucieczka, tam schronienie, o Jezu nasz o Jezu!
Gdy nas ciśnie utrapienie, o Zbawicielu drogi!
Chwała…

6. Gdy kto grzeszy a żałuje, o Jezu nasz o Jezu!
Twoje Serce go przyjmuje, o Zbawicielu drogi!
Chwała…

 

[1] „Bo syn znieważa ojca, córka powstaje przeciw matce, synowa przeciw swej teściowej: nieprzyjaciółmi człowieka są jego domownicy” ( Mi 7, 6).

[2] Były ojciec duchowny sandomierskiego Seminarium, śp. bp. Stefan Siczek często uwrażliwiał swoich wychowanków, by w tłumaczeniu tej liturgicznej frazy nie stosować formy: przeprośmy Boga za nasze grzechy, ale właśnie formę zaprezentowaną powyżej: uznajmy przed Bogiem, że jesteśmy grzeszni…