XXV Niedziela zwykła A

  1. „W czystych promieniach Twojej miłości zmieniła dusza moja swoją cierpkość i stała się owocem słodkim i dojrzałym; teraz mogę być całkowicie pożyteczna Kościołowi przez osobistą świętość, która drgnie życiem w całym Kościele, gdyż wszyscy stanowimy jeden organizm w Chrystusie; dlatego wysilam się, aby ziemia serca mojego rodziła dobre owoce, choć może nigdy oko ludzkie ich nie dostrzeże, jednak przyjdzie dzień, że się pokaże, że tym owocem karmiło się  i karmić się będzie wiele dusz”. ( Dzien. 1364).
  2. Chrystus zaprasza do pracy w swojej winnicy każdego; dziecko, młodzieńca  i nastolatkę, dojrzałego człowieka, osobę w podeszłym wieku. Mówi również o tym, kiedy ma się dokonać nasze włączenie w Jego dzieło: teraz. Włączenie się do pracy w winnicy Pana oznacza przede wszystkim osobiste nawrócenie. Ale ktoś może powiedzieć: przecież ja ciągle trwam w łasce uświęcającej! W samej definicji nawrócenia – odwrócenie się od grzechu i zwrócenie się do Boga – zawiera się istotny element tej rzeczywistości, tj. jej procesowość. Poprzez całą doczesność musimy przykładać starań, by nasze myśli, pragnienia i czyny coraz bardziej były myślami, pragnieniami i czynami Chrystusa. Zwłaszcza zaś dzisiaj należy przestać robić rzeczy sprytne, a zacząć robić rzeczy właściwe, skończyć z rzeczami megaporuszającymi i spektakularnymi, a wprowadzać w swe postępowanie rzeczy dobre – miłe Bogu. Udawanie, fałsz, zakłamanie – wszystko to są imiona szatana. Pozorowane nawrócenie przynosi w efekcie, zarówno w wymiarze osobistym jak i społecznym, podwójną moralność: oficjalną, gdzie zewnętrzne deklaracje są zgodne z Bożymi przykazaniami w stopniu superdoskonale niepokalanym, i rzeczywistą, którą kierują zasady krańcowo przeciwne Ewangelii. Osoba, która zafałszowała swe życie pozorowanym nawróceniem na pytanie: czy znasz Boże przykazania, odpowiada: no, niby tak; wolę Bożą traktuje w obszarze swych decyzji i działań na niby. Jednocześnie istotnym wymiarem nawrócenia pozostaje wychodzenie z rozumienia tej rzeczywistości w sposób egoistyczno – indywidualistyczny. Istnieje niebezpieczeństwo wmawiania sobie po przystąpieniu do sakramentu spowiedzi: teraz czuję się pojednany z Bogiem, i jednocześnie powracania do opartego na nienawiści odniesienia do swych bliźnich. Krytyczne wejrzenie we własne sumienie ma nie tylko rozszerzyć nawrócenie na całą osobę, w przeciwieństwie do jednostronnego zbawienia swej duszy, ale również przywrócić w nawróconym ducha wspólnoty i zaangażowania dla powszechnego dobra i braterstwa. Autentyczne odkrycie w Bogu Ojca idzie w parze z dostrzeżeniem w drugim człowieku brata; praktyczny brak tej odnowionej więzi braterskiej stawia pod znakiem zapytania prawdziwość procesu nawrócenia i jakość więzi z samym Bogiem. Człowiek, który skrywa przed sobą swą prawdziwą sytuację i grupa społeczna, która stara się usprawiedliwić własną niesprawiedliwość, często są bardzo surowi w sądach o innych[1].
  3. U zarania dziejów sandomierskiego Kościoła oraz w samym jego duchowym centrum znajdują się dwie rzeczywistości liturgiczne: Msza Święta i Officium Divinum. Poprzez aktywne uczestnictwo w tym liturgicznym środowisku człowiek odpowiada wyjątkowo adekwatnie na Jezusowe zaproszenie do pracy w Jego winnicy. Msza Święta i Officium Divinum tworzyły przez wieki naturalny rytm codzienności porządkujący dzień powszedni i świąteczny, czas tygodnia, miesiąca i roku, czas doczesności zorientowany na wieczność[2]. Wspólnotowo realizowane modlitewne godziny kanoniczne, w swym podwójnym diecezjalno – zakonnym wymiarze, stanowiły, przez przynajmniej siedem wieków, duchowy krwioobieg Sandomierza, tegoż miasta obronę, oręż, odpocznienie i pewną drogę do zbawienia. Praktycznie bezustanna modlitwa była trudnym do niedocenienia Bożym darem dla wiernych tej ziemi, który decydował w istotny sposób o zwycięstwie odnoszonym przez nich w walce z wrogami zbawienia. Z kolegiaty i innych sandomierskich kościołów i klasztorów promieniowała, poprzez zorganizowany i konsekwentnie wypełniany rytm modlitwy, prawdziwa siła Kościoła.

[1] B. Häring. Grzech w wieku sekularyzacji. Warszawa 1976 s. 70. „Fatalne konsekwencje grzechu przeciw Bogu – zarówno odrzucenie poznania Boga jak i uczucia wdzięczności wobec Niego – można rozumieć i zegzemplifikować w terminach, jak to określa Viktor Frankl, neurozy noogennej. Duchowa pustka człowieka, który nie szuka pod względem egzystencjalnym znaczenia swego życia, powoduje niezliczone psychiczne i cielesne zakłócenia. Tego typu neurozy, będącej jedną z najcharakterystyczniejszych oznak głębokiego wyobcowania, nie można wyleczyć, jeśli człowiek nie zacznie szczerze szukać ostatecznego sensu i celu swego życia. Jeśli mówimy o odrzuceniu poznania Boga, nasze rozważania nie mogą pozostać na szczeblu poznania abstrakcyjnego; chodzi tu o poznanie, które nadaje kierunek życiu i obejmuje całego człowieka. Jedynie człowiek, który zdecyduje się poszukiwać w sposób egzystencjalny poznania Boga będącego miłością, może przekroczyć siebie w autentycznej miłości”. Tamże s. 37-38.

[2] „Całość kompozycyjna oficjum składała się ze zróżnicowanych i kontrastujących ze sobą elementów, które, wraz z uporządkowanym rytmem swych zmian, oddziaływały w specyficzny sposób na włączone w  oficjum osoby, konstytuując wzorzec codziennego istnienia i funkcjonowania; wszystkie czynności życia codziennego wkomponowano w rytm wykonywania oficjum. Również sam czas poddany rytmowi officium objawiał obecny w nim immanentnie wymiar chrześcijański. Średniowieczna idea czasu stanowiła bowiem diametralne przeciwieństwo współczesnych koncepcji temporalnych; czas rozumiano nie jako rodzaj tabula rasa, tj. neutralnej rzeczywistości uzależnionej w swym kształcie od wyborów jednostki, ale jako rzeczywistość, w której Bóg umieścił swoje oczekiwania, polecenia i obietnice skierowane do człowieka. Taki sposób rozumienia czasu odnajduje swe przejawy w słowach samego Chrystusa: Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać ( Łk 17, 10). Dlatego też sensu godzin oficjum nie stanowiło dążenie do zapełnienia wolnego czasu, ale do udzielenia adekwatnej i oczekiwanej od chrześcijanina odpowiedzi na oczekujące tej odpowiedzi polecenia, umieszczone w rzeczywistości czasu przez Stwórcę – Pana czasu. Można powiedzieć, iż tak rozumiany czas ze swej istoty wołał o uporządkowane godziny oficjum, sam stanowiąc rzeczywistość uporządkowaną, której należało się podporządkować w celu uporządkowania swego życia. Powracający schemat poszczególnej godziny dostarczał codziennie szczególnej formy artykulacji aktualnie przeżywanego czasu, równocześnie systematyzując dłuższe odcinki czasowe: tydzień z kulminacją niedzielną i rok z większymi i mniejszymi znaczeniowo wydarzeniami liturgicznymi. Konsekwentnie człowiek średniowiecza porządkował swój dzień według następstwa kolejnych godzin oficjum i kościelnych dzwonów sygnalizujących czas ich realizacji, swój rok według porządku świąt kościelnych, a swoje działania według zasad praktykowanej wiary. Całkiem zasadnie więc można twierdzić, iż oficjum definiowało życie i wiedzę człowieka średniowiecza”. J. Bisztyga. Psalterium Andrzeja Piotrkowczyka z 1599 roku jako pierwszy dokument potrydenckiego chorału gregoriańskiego w Polsce. Lublin 2009 s. 114-115. ( Wydruk komputerowy pracy doktorskiej w BIM KUL).