XXXI Niedziela zwykła B

1. „Dał mi Bóg poznać, na czym polega prawdziwa miłość, i udzielił mi światła, jak ją okazać Bogu w praktyce. Prawdziwa miłość Boża zależy na wypełnianiu woli Bożej. Ażeby okazać miłość Bogu w czynie, trzeba, ażeby wszystkie uczynki nasze, chociażby były najmniejsze – muszą płynąć z miłości do Boga”. ( Dzien. 279). „Miłość bliźniego – pierwsze: usłużność dla drugich; drugie: nie mówić o nieobecnych i bronić sławy bliźniego; trzecie: cieszyć się z powodzenia bliźniego”. ( Dzien. 241).

2. Pierwsze jest: Słuchaj Izraelu[1], Pan Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych ( Mk 12, 29-31). Przypomniane dzisiaj przez Chrystusa największe przykazanie, przykazanie miłości Boga i bliźniego, syntetyzuje całe Prawo i Proroków; nie ma miłości Boga bez pragnienia i czynienia autentycznego dobra dla drugiego człowieka i nie ma prawdziwej miłości człowieka tam, gdzie odniesienie do niego budowane jest poza Bożymi przykazaniami. One bowiem stoją na straży prawdziwego dobra. Kto mówi drugiemu człowiekowi, że go kocha, a jednocześnie nie zachowuje w relacji do niego Bożych przykazań, ten po prostu jest kłamcą. Nasze sposoby unikania podjęcia miłości Boga i bliźniego są niemal niezliczone i odnoszą się do każdego wymiaru naszego myślenia i postępowania; potrafimy, jak szatan, zmanipulować nawet słowa Pisma Świętego, by uchylić się od działań, jakich one od nas żądają; jesteśmy w stanie zarzucić nawet papieżowi, gdy mówi o sprawach dla nas niewygodnych, domagając się zdecydowanej zmiany sposobu postępowania, brak zrozumienia konkretnej sytuacji życiowej. Takie samo nastawienie przejawiamy wobec jakichkolwiek wymagań, ocenionych przez nas jako niepotrzebne, burzące ustalony ( uświęcony!)  porządek i spokój, niewygodne, trudne, bezsensowne. Z upodobaniem zamykamy się w krytykanctwie, by przypadkiem nie podjąć trudu czynnej miłości. „Powiadacie mi: to zły katolik, publiczny gorszyciel, itd. Coście zrobili dla jego poprawy? Wymyślacie mu, pogardzacie nim, odsuwacie się od niego i myślicie, że tą drogą zaprowadzicie go do zbawienia? Nigdy! Trzeba się doń zbliżyć, okazać takiemu człowiekowi życzliwość towarzyską, zyskać zaufanie – a wtedy będziecie mogli działać po kapłańsku na sumienie” ( Bp. S. Zwierowicz). Jesteśmy mistrzami świata w codziennym zamykaniu się na szczerą i wymagającą miłość Boga i bliźniego, wkraczając tym samym na drogę autodestrukcji – śmierci doczesnej i wiecznej[2]. Nawet nie podejmujemy szczerze próby zastanowienia się nad tym, w jaki sposób dotrzeć do konkretnego człowieka, usprawiedliwiając się tym, że on już po prostu taki jest, ciężki we współżyciu, nie dający się lubić… więc go, właśnie – po prostu, nie lubimy[3]. Skoro przykazanie miłości Boga i bliźniego jest największym z Bożych przykazań i największą aspiracją, jaką został obdarzony człowiek, to istotnym elementem każdego grzechu jest brak właśnie tej miłości Boga i człowieka; można więc powiedzieć, że każdy rodzaj grzechu objawia w gruncie rzeczy ten sam zasadniczy deficyt – deficyt autentycznej miłości. I rzeczywiście, gdyby przebywała w nas w pełni miłość Boga i człowieka, to czy wtedy spotykalibyśmy problemy z brakiem gorliwości, z lenistwem w służbie Bożej, albo z pragnieniem spełnienia powołania, jakim zostaliśmy obdarzeni przez Boga w sposób jak najdoskonalszy; czy ojciec, który przebywałby w miłości Boga i człowieka nie pragnąłby z każdym dniem stawać się coraz lepszym ojcem, wpatrzonym ciągle we wzór Ojca Niebieskiego; czy podobnego pragnienia – pragnienia stawania się coraz doskonalszą matką – nie spotykalibyśmy u kobiety żyjącej konsekwentnie miłością Boga i bliźniego. Psychologia poucza nas, że główną cechą osobowości patologicznej jest nie uznający żadnych granic egoizm; psychopata myśli i działa tylko według jednej kategorii – kategorii ja. W świecie psychopaty jedyną obiektywnością jest jego subiektywność; w jego świadomości nie goszczą pytania typu: co jest dobre dla mojego najbliższego środowiska, w jaki sposób powinienem postępować, by przynosić dobro wiosce, miastu, parafii, diecezji, narodowi, Kościołowi i światu? Całkiem odwrotnie, jest on zamknięty w więzieniu własnego ja; zamknięcie to przynosi w swym efekcie duchowo – moralną ślepotę na drugiego człowieka, niewrażliwość tak straszną, że wprawiającą w stan psychiczno – duchowego odrętwienia tych, którzy są jej świadkami. Przy stole znajdowały się trzy osoby – uczestnicy spotkania towarzyskiego. Rozmowa została zdominowana właściwie przez jedną z nich, najlepiej sytuowaną materialnie z trojga, narzekającą ustawicznie[4] na rzekomo ciężką sytuację finansową swojej domowej wspólnoty. Wspólnota ta składała się z dwóch osób; obydwie z nich wykonywały pracę płatną wyżej niż przeciętne zarobki. Przy tym samym stole siedziała osoba, której zarobki nie dorównywały nawet w połowie dochodom tej pierwszej; mąż tej osoby zarabiał najniższą pensję krajową i obydwoje utrzymywali oraz wychowywali dwójkę dorastających dzieci. Osoba, która przedstawiała siebie jako z trudem pokonującą finansowe trudności swój dyskurs prowadziła w następującym stylu: no bo przecież ja muszę się jakoś ubrać…[5] ja też mam swoje potrzeby… ja muszę żyć na jakimś poziomie…! Poziom egoisty nie jest z pewnością poziomem ewangelicznej miłości Boga i bliźniego; czy od noszenia ekskluzywnego stroju należy oczekiwać wzrostu mądrości w głowie i dobra w sercu? Noszenie tego rodzaju ubrań może co najwyżej przyczyniać się do powiększania pychy i chciwości, dwóch grzechów, uznawanych nawet w antycznym świecie pogańskim, za zasadnicze źródło ludzkiego zła.

3. 1 listopada 1985 roku zmarł w Sandomierzu Stanisław Sygnet, w latach 1976 – 1985 sandomierski biskup pomocniczy. Urodził się 6 IX 1924 roku w Krępie Kościelnej koło Iłży, z rodziców Jana i Zofii z domu Karbowiak. Wykształcenie w stopniu elementarnym i średnim zdobył, podczas wojny, w szkołach w Krępie Górnej, Radomiu, Chwałowicach i w Solcu nad Wisłą[6]. W 1948 roku wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu; święcenia kapłańskie diakon Sygnet otrzymał dnia 25 V 1952 roku. W pierwszych latach kapłaństwa ks. Stanisław Sygnet był wikariuszem w Ostrowcu Świętokrzyskim i prefektem tamtejszych szkół. W latach 1957-1961 odbył studia teologiczne w KUL. Od 1962 roku był wykładowcą teologii moralnej w sandomierskim Seminarium spełniając jednocześnie inne funkcje w diecezji. W 1973 roku został rektorem Seminarium, a 20 IX 1976 roku otrzymał nominację na biskupa pomocniczego diecezji sandomierskiej[7]. Za swe biskupie hasło przyjął słowa hymnu kościelnego: Tecum iuxta Crucem – Razem z Tobą stać pod krzyżem[8]. Biskup Stanisław Sygnet cieszył się olbrzymią sympatią wiernych, która częstokroć stanowiła naturalną odpowiedź na jego łatwość nawiązywania kontaktów, serdeczność, bezpośredniość i szczerą życzliwość. Był jednocześnie człowiekiem żywo przejętym pięknem liturgii i architektury kościelnej; wiceprzewodniczącym Diecezjalnej Komisji Sztuki Sakralnej i przewodniczącym Diecezjalnej Komisji Liturgicznej[9]. Zainicjował również powstanie Pieszej Pielgrzymki Ziemi Sandomierskiej Na Jasną Górę[10] i jest, jak do tej pory, jednym z dwóch biskupów sandomierskich, obok obecnego Pasterza bpa Krzysztofa Nitkiewicza,  którzy jako pątnicy przemierzyli całą trasę tej pielgrzymki. Bp Stanisław Sygnet zmarł, powtórzmy, dnia 1 XI 1985 roku[11]. Został pochowany, wśród licznych i głęboko poruszających przejawów miłości wiernych do swego umiłowanego Pasterza,  w podziemiach bazyliki katedralnej w Sandomierzu. Wieczny odpoczynek racz Mu dać, Panie…


[1] „Przez proroków Bóg wychowuje człowieka przede wszystkim do słuchania. Słuchaj to biblijne słowo – klucz powtarza się aż 1100 razy w Starym Testamencie i 445 razy w Nowym Testamencie. W swoim wyznaniu wiary Izraelita nie mówi wierzę, ale: Słuchaj, Izraelu: Pan jest naszym Bogiem, Panem jedynym. Będziesz miłował Pana, Boga twojego z całego twego serca… ( Pwt 6,4). Słuchaj, Izraelu – pierwsze przykazanie, które jest imperatywem słuchania. Etos człowieka w Starym Testamencie przeniknięty jest tym imperatywem, który zakłada milczenie – aby człowiek mógł usłyszeć Boga, musi najpierw zamilknąć ( por. Am 3,1; Prz 1, 8; Za 2, 17). Słuchanie Boga jest samym sercem modlitwy, a słuchanie wymaga ciszy i jest nią uwarunkowane”. S. Pawiński. Cisza i milczenie w przepowiadaniu Słowa Bożego. W: „Studia Pastoralne” 7 ( 2011). Adnuntiamus vobis vitam aeternam. Droga, Prawda i Życie w przepowiadaniu homiletycznym. Księga Jubileuszowa dedykowana Księdzu Profesorowi Janowi Twardemu w 70. rocznicę urodzin. s. 242. Por. uwagi na temat dramatycznego milczenia paschalnego Chrystusa i Boga. Tamże s. 244. Czy w świetle powyższego może nas dziwić fakt, że papież Benedykt XVI w Adhortacji o Słowie Bożym Verbum Domini, wśród cech rozpoznawczych grzesznika na pierwszym miejscu wymienia prawdę mówiącą o tym, że grzesznik nie słucha? Prawdziwie wspaniałe i poruszające owoce przynoszą współczesne badania i analizy biblijnej i chrześcijańskiej rzeczywistości słuchania i milczenia. Nie brak nawet głosów, twierdzących, że szeroko znana i błędnie przypisywana benedyktynom zasada módl się i pracuj dotarła do nas w formie szczątkowej; pierwotny jej kształt, utworzony w środowisku mnichów egipskich, trzyczęściowy, miał wykazywać następującą formę: Ausculta, ora et labora – słuchaj, módl się i pracuj. „Bardziej znana zasada przypisywana benedyktynom ora et labora ( módl się i pracuj) została sformułowana przez mnichów egipskich i w myśli zachodniego monastycyzmu pojawiła się już po św. Benedykcie”. Karol van Oost. Komentarz do Reguły świętego Ojca Naszego Benedykta. Tyniec 2017 s. 31.

[2] „W jednym ze wspaniałych filmów współczesnych o św. Wincentym a Paulo jest taka scena opisowa: Wiem – mówi św. Wincenty – że bliźni jest bardzo niewygodny. Chcielibyśmy sobie usiąść za przypieckiem, zdrzemnąć się błogo, a tu masz, puka nam do drzwi! Powiada, lub, co gorzej, nie powiada, że głodny! Że smutny! Że mu ciężko! Że złe myśli po głowie mu chodzą. Trudno: pomagam mu, stawiam na nogi – lecz to nie koniec! Dasz palec, chwytają cię za rękę! Dasz rękę, owijają ci się wokół ciała, jak wąż Laokoona! Najgorzej zacząć z tą miłością – powiada św. Wincenty – bo już ci ani żyć, ani spać nie daje. Najgorzej zobaczyć tego bliźniego ( wielu z was, synaczkowie, nie widziało go nigdy), a już czyha na ciebie, za każdym węgłem. Najgorzej zacząć! Miałbym na ten temat bardzo poważne wątpliwości, gdyby jeszcze gorzej nie było nie zacząć w ogóle. Bo trudna to rzecz i bardzo niebezpieczna wadzić się z miłością. Proceder, który bardzo źle się kończy. Nie tylko na tamtym świecie. Wierz mi, powiada św. Wincenty, wierz mi, mówię ci z doświadczenia, kto miłość skazuje na banicję, kto zasklepia się w sobie, jak w trumnie, tego żywcem robaki jedzą. Bośmy dla miłości stworzeni, i kto miłości nie chce, ten popełnia samobójstwo”. Episkopat Polski do duchowieństwa i wiernych na Dzień Zaduszny. 15 X 1953. KDS 46 ( 1953) s. 99.

[3] „Pamiętam, że kiedyś zdarzyło mi się wyjątkowo nie znosić pewnego człowieka. Był on niczym przysłowiowa kropla octu w mojej beczce miodu. Nawet po tym, jak człowiek ten zniknął na dobre z mojego życia, pamięć i niechęć do niego pozostała. Dlatego ucieszyłem się bardzo, gdy odwiedził mnie pewien zaprzyjaźniony psycholog, który utrzymuje, iż jeśli jakieś nieprzyjemne uczucie nie daje ci spokoju, to znaczy, że nie odkryłeś w pełni jego przyczyny. Jeślibyś dobrze określał przyczynę, złość nie męczyłaby cię w takim stopniu. Opowiedziałem mu zatem o moim kłopocie i rozpoczęliśmy procedurę testowania. […] Odkryłem, że rzeczywistym powodem mojego wewnętrznego niepokoju był fakt, że nigdy nie kochałem tego człowieka, lecz jedynie czułem do niego niechęć. Nie potrafiłem przywołać z pamięci ani jednej chwili, w której byłoby mi go żal. Ani jednej sytuacji, w której bym się zastanowił nad pomocą dla niego. Mam głębokie przekonanie, że ludzie nieznośni sami cierpią. A jednak nie współczułem mu w jego cierpieniu. Całą moją energię skierowałem na niechęć do przejawów jego nieznośnego charakteru. Na szczęście wciąż się uczę. Wiem, że niechęć zniewala. Zdaję sobie sprawę, że chcąc uczynić moje życie aktem miłości, muszę odrzucić wiele spośród moich dawnych przyzwyczajeń i zmienić hierarchię wartości”. J. Powell. Twoje szczęście jest w tobie. Kraków 1995 s. 78-79.

[4] „… jak mówi Abba Hilary, jeden z Ojców pustyni: Bycie smutnym oznacza prawie zawsze myślenie o sobie samym”. P. Ionata. Psychoterapia a problemy życia religijnego. Kraków 1995 s. 167.

[5] Jakże wspaniałomyślnie mądra i roztropna jest nasza Matka Kościół również w aspekcie stroju! Ubrała Ona swoje dzieci – duchownych, zakonników i zakonnice – w sutanny i habity. Sutanna, gdy się o nią dba należycie, może spełniać swoją funkcję nawet kilka lat. Czy nie jest to piękne świadectwo duchowego dystansu, jaki chrześcijanin powinien zachowywać wobec zewnętrznych przykryć… dodajmy, dystansu, którzy niektórzy ze współczesnych zagubili całkowicie i w sposób karykaturalno – przygnębiający. Liturgiczne szaty noszą charakter symboliczny – ukazują wizualnie piękno duszy, w której zamieszkuje Bóg, piękno trwania w łasce uświęcającej. Czy ci, którzy z takim zapałem zabiegają o światowe szaty zbytku, dokładają tyle samo starań o piękno swych dusz?

[6] J. Banaśkiewicz. Śp. Ks. Biskup Stanisław Adam Sygnet. KDS 79 ( 1986) s. 85-86.

[7] A. Barzycki. Sygnet Stanisław. EK 18 Red. E. Gigilewicz. Lublin 2013 szp. 1269.

[8] E. Materski. Komunikat o zgonie biskupa Stanisława. KDS 78 ( 1985) s. 252. „Powiadomienie o decyzji Ojca Świętego dotyczącej mianowania ks. St. Sygneta biskupem sandomierskim zbiegło się w czasie z liturgicznym wspomnieniem Matki Bożej Bolesnej ( 15 września). Stąd biskupie zawołanie ks. Sygneta: Tecum iuxta crucem”. Banaśkiewicz. Śp. Ks. Biskup Stanisław Adam Sygnet… s. 90. „Po Mszy Świętej przemówił nowokonsekrowany Biskup dziękując wszystkim, którzy świadczyli mu dobro na dotychczasowej drodze życia. Wyraził szczególną wdzięczność Ojcu Św. Pawłowi VI za powołanie go do godności biskupiej. Podziękował Ks. Prymasowi i Pasterzowi Diecezji za okazane zaufanie oraz duchowieństwu i wszystkim zebranym za modlitwy. Nakreślił program swego posługiwania biskupiego zawarty w 1 Liście św. Pawła do Koryntian 2, 2: Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa i to ukrzyżowanego. Podał również swoje zawołanie: Tecum iuxta crucem – pod krzyżem zawsze z Tobą, Maryjo”. S. Legięć. J. Lewiński. J. E. Ks. Biskup Stanisław Sygnet. KDS 69 ( 1976) s. 250.

[9] „Prowadził w Seminarium Duchownym wykłady na temat konserwacji zabytków. Był w tej dziedzinie samoukiem, ale też doskonałym znawcą przedmiotu. Kochał piękno. Od poezji Norwida, poprzez malarstwo,            aż do praktycznych zastosowań tego co piękne w liturgii, w wystroju wnętrza świątyń, w budownictwie sakralnym. Księża chętnie zasięgali jego rady w sprawach remontów, odnawiania polichromii, wystroju wnętrza świątyń. Cieszył się każdym zabytkiem przywróconym do Bożego kultu”. Banaśkiewicz. Śp. Ks. Biskup Stanisław Adam Sygnet… s. 91.

[10] W Kronice Pieszej Pielgrzymki Ziemi Sandomierskiej na Jasną Górę znajduje się następujący zapis dotyczący bpa Sygneta: „Ksiądz Biskup Stanisław tak wiele zasług ma w zorganizowaniu dwóch pierwszych pielgrzymek. Tak bardzo pragnął, aby i z Ziemi Sandomierskiej wędrowali pielgrzymi do Czarnej Madonny. […] 5 sierpnia 1986 roku, o godzinie 8. 00 w katedrze sandomierskiej Mszę Świętą na rozpoczęcie pielgrzymki odprawił Ks. Bp Walenty Wójcik. W tymże roku, przed wyjściem na trasę pielgrzymki przedstawiciele pątników złożyli kwiaty na grobie ś. p. Ks. Bp Stanisława Sygneta, który tak wspaniale zapisał się w pamięci pielgrzymów”. Ks. Jerzy Bisztyga. Zarys historii i przesłanie duszpastersko – ascetyczne Pieszej Pielgrzymki Ziemi Sandomierskiej na Jasną Górę. KDS 107 ( 2014) s. 337.

[11] „Śmierć, którą poprzedził rozległy zawał serca, była też w jakiejś mierze śmiercią w drodze. Wracał bowiem Bp Stanisław ze wspólnej modlitwy z wiernymi parafii Tarłów, przeżywającej Nawiedzenie Krzyża.                     Spod Krzyża Chrystusa przeszedł w wieczność Biskup, który z Maryją pragnął stać pod Krzyżem”.                          Banaśkiewicz. Śp. Ks. Biskup Stanisław Adam Sygnet… s. 91. „Byłem przy gasnącym dla świata Księdzu Biskupie Sygnecie. Patrzyłem jak ofiarnie walczono o uratowanie życia naszego Umiłowanego Biskupa. Podziwiałem poświęcenie i dyskrecję wobec ostatecznych przeznaczeń, którą okazywali lekarze i personel szpitalny. Mówię im z tego miejsca: Bóg zapłać. Pracownicy Lecznictwa, stale zapatrzeni w Chorego i w aparaturę kontrolną, stanęli wraz ze mną w ciszy należnej powadze śmierci, którą ostatecznie potwierdziły milczące monitory. Zamknięto Biskupowi Stanisławowi powieki. To zamknięcie powiek – takie pozornie zwykłe – było przecież dotknięciem tajemnicy śmierci. Tajemnicy śmierci, która jest jednocześnie tajemnicą życia. Będziemy się przecież za chwilę modlić słowami Prefacji: Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy”. E. Materski. Homilia Biskupa Ordynariusza na Mszy św. w czasie pogrzebu śp. Biskupa Stanisława Sygneta. Sandomierz – Bazylika – 5 XI 1985. KDS 79 ( 1986) s. 93.

2. Ty do walki daj otuchy,
Udziel swojej nam opieki
Gdy zaczepią nas złe duchy,
Nie daj zginąć nam na wieki.
Wspieraj nas, wspomagaj nas.
Maryjo, Maryjo!

3. Matko, wstawiaj się za nami,
By nie zmogła nas pokusa,
Twymi chcemy iść drogami,
Przez Cię dojdziem do Jezusa.
Prowadź nas, oświecaj nas.
Maryjo, Maryjo!